subscribe: Posts | Comments

Cud narodzin

Komentowanie nie jest możliwe

Chciałabym podzielić się z Wami swoją historią o tym, w jaki sposób Bóg odpowiedział na moją prośbę żebym mogła być mamą. Wszystko zaczęło się w 2006 roku, kiedy świeżo nawrócona wychodząc do modlitwy poprosiłam o…cierpliwość. Było to w Koszalinie (po przeprowadzce z Bydgoszczy), i do dziś w uszach brzmią mi słowa pastora z Piły (wtedy usługującego): „Ale wiesz, że to będzie bolało. Po policzkach spływały mi łzy. Pomyślałam, że być może długo będę czekać na męża, a przecież tak bardzo pragnę szybko stworzyć z kimś nowy dom.
Uff. Na szczęście w marcu 2008 roku podczas Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. G.F. Telemanna w Poznaniu, gdzie przyjechałam jako akompaniator poznałam Ryśka. Dwa tygodnie później kupował pierścionek, a 9 sierpnia wzięliśmy ślub. Krótko po nim mój mąż miał dwa sny: jednej nocy śnił mu się chłopiec, a drugiej dziewczynka. Po latach oczekiwań i bólu to właśnie te sny były naszym drogowskazem, sygnałem od Boga-tak to rozumieliśmy-żeby się nie poddawać.
W 2010 poddałam się zabiegowi sprawdzania drożności jajowodów. Krótko po nim do sali, do której mnie przewieziono, weszła lekarka z ankietą-może stażystka. Zapytała: „ Od jak dawna jest pani niepłodna?”. A ja mogłam jej jedynie odpowiedzieć, że zaledwie od dwóch lat mam męża. Niczego więcej nie wiedziałam.
Do około 2011 roku w moim życiu pacjentki, pojawiali się różni lekarze- jednak kiedy słyszałam, że mam się poddać laparoskopii-wycofywałam się. Nie ze strachu. Chciałam, żeby to Bóg odegrał w tej sprawie kluczową rolę. Poznałam też metodę leczenia niepłodności, jaką jest naprotechnologia, i dzięki niej- dowiedziałam się o tym, że mój organizm nie toleruje różnych pokarmów- w tym glutenu i laktozy. Którejś nocy- wydaje mi się, że to było pod koniec 2012 roku- szukałam w sieci jakiś informacji, modlitw dotyczących uzdrowienia. Natknęłam się na wykłady Leszka. Słuchałam ich do trzeciej nad ranem. Pomodliłam się krótką modlitwą. Przyjęłam przez wiarę, że Jezus wziął na krzyż również te moje nietolerancje pokarmowe, i w akcie wiary- podobnie jak Leszek- zjadłam kawałek sera. Od tego czasu już nigdy nie miałam koszmarnych bólów brzucha, czy chronicznego uczucia zmęczenia.
W styczniu 2013 roku po raz pierwszy spotkaliśmy się z Leszkiem ( oprócz mojego chrztu w Bydgoszczy) żeby modlić się o moje uzdrowienie, żebym mogła zajść w ciążę. Było to w Węgorzewie. W drodze powrotnej wpadliśmy w poślizg, i o mało nie zginęliśmy. Anioł Pana czuwał nad nami. Leszek modlił się o mnie jeszcze kolejnego roku w styczniu w Zielonej Górze i w kwietniu w Poznaniu.
Nie poddawałam się . Podczas konferencji w Wiśle Alina Wieja miała dla mnie Słowo z Iz.27;2-6, i na początku kwietnia zapytała przez koleżankę czy już nie jestem w ciąży, bo odebrała, że to będzie niedługo. I faktycznie- było, ale moje szczęście nietrwało długo, i 30 dnia straciłam nasze pierwsze maleństwo.
Jednak nie poddałam się. W 2015 roku w kwietniu lekarz odkrył polip, który po modlitwie zniknął. W sierpniu napisałam do Leszka, że wiem, że będzie w Poznaniu, i czy chociaż położy na mnie ręce. Wiedziałam, że może być bardzo zajęty. Tego dnia byłam bardzo podekscytowana. I- co było dla mnie ogromnym wyzwaniem- pojechałam sama w nieznane miejsce samochodem. No, niezupełnie sama- bo towarzyszył mi wtedy 12 letni Eliasz, dla którego od roku byliśmy rodziną zastępczą. W modlitwie uczestniczyła też Iza Godlewska, która zapytała mnie: „O co się modlimy?”. I- po raz pierwszy- co pokazało jak bardzo zmienił się mój sposób myślenia- nie wymieniałam szeregu moich domniemanych chorób, ale z prostotą odpowiedziałam: „O dziecko”. Później mąż to z interpretował, że odpowiedziałam tak, jakby sam Jezus zapytał mnie: „Co chcesz abym Ci uczynił”. Po modlitwie Leszek powiedział, że za trzy tygodnie lub jak już będę wiedzieć, mam mu dać znać. Wracałam szczęśliwa do domu. W samochodzie uwielbialiśmy z Eliaszem Boga.
Kilka dni później miałam sen. Śniło mi się, że w naszym małym ogródku wyrosło drzewo. Było ogromne. Nie wiedziałam jak ten sen zinterpretować. Wyjaśnienie przyszło 5 września, kiedy wypisywałam kartkę z życzeniami z okazji pierwszej rocznicy ślubu, dla koleżanki, która długo czekała na męża. Napisałam jej: „Pragnienie spełnione jest drzewem życia” i… już wiedziałam, że to było potwierdzenie od Boga!
I rzeczywiście równo trzy tygodnie po modlitwie, 17 września 2015 roku test ciążowy okazał się pozytywny! ( Oczywiście po działaniu z wiarą). Pan Bóg spełnił jeszcze jedno moje marzenie- Zosia Sarah urodziła się w domu, w ostatnim możliwym dniu, jaki dawała nam położna.
Do czasu, kiedy to piszę, a jest 20 stycznia 2018 roku Pan Bóg uczynił jeszcze co najmniej dwie niezwykłe rzeczy w moim życiu. Wyratował mnie i Zosię z wypadku samochodowego, gdzie nasze auto nadawało się już tylko do kasacji (listopad 2017), a kilka dni temu odpowiedział na jeszcze jedną modlitwę. Zosia urodziła się z małym wyrostkiem na uchu, tak jakby kolczykiem. Modliliśmy się od niedawna z mężem, żeby Bóg sprawił, żeby ten wyrostek sam odpadł, żeby Zosia nie musiała być poddawana zabiegowi w szpitalu i usypiana. I od może dwóch dni, on zaczął usychać. Dzisiaj jest już czarny i suchy jak rodzynek. Czekamy na jego koniec.
Myślę, że Bóg odpowiedział na moją modlitwę zanim fizycznie nadeszła odpowiedź. Dziękowałam też Bogu za dziecko, którego przecież jeszcze nie było w mojej czasoprzestrzeni. Myślę też, że w moim przypadku zaważyły dwie lub trzy rzeczy: determinacja ( jak jazda samochodem po autostradzie), zmiana postawy w prośbie o modlitwę, czy może też posłuszeństwo ( Eliasz).

Lidia