subscribe: Posts | Comments

A. A. Allen

Poniżej zamieściłem tekst A.A.Allena „Cena cudotwórczej mocy Bożej”.Jest to pewna wersja tekstu dotychczas nie publikowana. Nie jest to możliwie najlepsza wersja w języku polskim. Najpełniejszy i najnowszy przekład niniejszego tekstu został przetłumaczony przez Piotra Nosala i wydany przez instytut wydawniczy Compassiom. Zachęcam też wszystkich, których tekst zainteresuje, by przeczytali go właśnie w tej lepszej wersji.Ja umieszczam na stronie tekst, który został zredagowany i poprawiony głównie stylistycznie, przez panią Basię Pietnoczka a zaczerpnięty został ze strony prowadzonej przez Józefa Kajfosza. Zdaję sobie sprawę, że autor dla wielu wydaje się osobą kontrowersyjną. Wychodzę jednak z założenia, że pomimo wszelkich kontrowersji i tak możemy bardzo skorzystać na poważnym przyjrzeniu się jego historii i nauczaniu.

 

A. A. Allen

CENA PEŁNEJ BOŻEJ MOCY

I. Cena pełnej Bożej mocy

    „Lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają.”

Iz 40:31    

Na tę obietnicę oczekiwałem już w wieku dwudziestu trzech lat, czyli od momentu swojego nawrócenia. Była ona dokładnie tym, czego pragnęła moja dusza od chwili, kiedy Bóg mnie powołał, abym Mu służył. Powołanie moje dokonało się w takiej mocy i było tak skuteczne, że nie nasuwało mi najmniejszych wątpliwości. Faktu, że to się stało we mnie, nie mogło nic podważyć. Aczkolwiek nigdy poprzednio nie doświadczałem takich rzeczy, jak po moim nawróceniu. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, iż muszę się wiele uczyć, jeśli mam spełnić to, do czego zostałem przez Pana powołany. Dlatego spędzałem wiele godzin na czytaniu Biblii i starałem się pojąć jej treść i poselstwo, a moja prosta, nieuczona dusza rozumiała to po prostu tak, że Bóg mówi do mnie słowami: „A idąc, głoście: Przybliżyło się królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, oczyszczajcie trędowatych, wskrzeszajcie umarłych, wypędzajcie demony. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie.” (Mt 10: 7–8). Rozumiałem, że wszystko to są wymagania, skierowane pod moim adresem z chwilą powołania mnie do służby, lecz nie wiedziałem, jak mogłoby się to stać. Sam w sobie byłem słaby, bezsilny i nie byłem w stanie wykonać tych nakazów. Było to dla mnie jednak jasne, że tak stać się może, bo inaczej Chrystus, w którego wierzyłem, nie dawałby takich poleceń, których nie można by było wykonać.

W chwili nawrócenia wiedziałem o Bogu i Jego Słowie tak mało, że nie umiałem nawet wymienić czterech Ewangelii. W kościele metodystów, w którym uwierzyłem i do, którego zostałem przyjęty jako członek, nie pouczono mnie o tym, abym oczekiwał na chrzest Duchem Świętym, tak jak tego oczekiwali uczniowie w dniu Pięćdziesiątnicy. Nie pouczono mnie także o tym, że mnie, jako temu, który uwierzył Panu, mają towarzyszyć znaki, wymienione w Ewangelii Marka 16 :17–19. Byłem nawrócony, ponieważ uwierzyłem w Jezusa Chrystusa jako mojego Zbawiciela, a przez to byłem zbawiony, oczyszczony od grzechów, czyli tym samym uratowany od zguby. Gdy się jednak zagłębiłem w Piśmie Świętym, Bóg dał mi z niego to, z czego miałem największy pożytek. Pan zaczął mi objawiać pełną prawdę o chrzcie Duchem Świętym i o znakach, jakie mają towarzyszyć ochrzczonemu Duchem Świętym, o darach duchowych i nadnaturalnych Bożych rzeczach. Wkrótce potem zaprowadził mnie Bóg na zebrania zielonoświątkowców, gdzie mogłem doświadczyć namiastkę Bożego błogosławieństwa, pochodzącego z przejawów działania Ducha Świętego. W tych zgromadzeniach zrozumiałem konieczność otrzymania Ducha Świętego i z całego serca zacząłem szukać Boga i prosić o to, co uważałem za konieczne, tj. o chrzest Duchem Świętym.

Po upływie trzydziestu dni od mojego nawrócenia byłem na pewnym zgromadzeniu „Kościoła Bożego” w Miami na Florydzie, które odbywało się pod gołym niebem. Tam zostałem cudownie napełniony Duchem Świętym i mówiłem nowymi językami, jak mi Duch Święty poddawał (Dz 1: 8). Oczekiwałem zdecydowanie na to, iż z chwilą przyjęcia Ducha Świętego otrzymam także moc uzdrawiania chorych i czynienia cudów. Jednakże nieco później zrozumiałem, że do tego trzeba mieć coś więcej niż chrzest w Duchu Świętym. Chrzest Duchem Świętym umożliwia dostęp do tych rzeczy, a dary Ducha stanowią jakby przewody, którymi ta moc płynie. Zacząłem się zaraz modlić i szukać darów Ducha Świętego. Czułem, że muszę posiadać moc uzdrawiania chorych, ponieważ rozumiałem, że Bóg powołując do służby głoszenia ewangelii, wyposaża jednocześnie w dar uzdrawiania chorych. W każdym razie można moc i siłę Ducha Świętego, jeśli jesteśmy nią napełnieni, porównać do prądu elektrycznego. Wygląda to w ten sposób, jakbyśmy swój dom wyposażony w instalację elektryczną podłączyli do sieci i tym samym otrzymali prąd elektryczny. Wielu ludzi latami używa prądu tylko po to, aby mieć światło. Nie wykorzystują wielkich możliwości, jakie mają do dyspozycji przy korzystaniu z sieci, bo mogliby używać urządzeń napędzanych elektrycznością. Dary Ducha Świętego mogą być przyrównane do takiego aparatu, ponieważ jeżeli dołączymy do nich nowe dary, można z łatwością wykonać większą pracę. Siła się nie zmieniła, stała się tylko wydajniejszą. Nie było nigdy zamiarem Boży ograniczać się, gdy napełnił swój lud Duchem. To jest dopiero początek. „Starajcie się usilnie o lepsze dary (1Kor 12: 31a). Odkryłem, że jest to ścieżka, wiodąca do skuteczniejszej działalności Bożej.

Dwa lata po swoim nawróceniu wstąpiłem w szczęśliwe małżeństwo i zacząłem swoją służbę. Ponad rok zwiastowaliśmy z żoną ową sławną ewangelię o wykupieniu i chrzcie Duchem Świętym, o powtórnym przyjściu Chrystusa, a także o Bożym uzdrowieniu. Przy każdej ewangelizacji poświęcałem przynajmniej dwa wieczory w tygodniu na zwiastowanie o Bożym uzdrowieniu i modlitwy za chorych. W ciągu tego czasu doświadczyliśmy wielu uzdrowień, dokonanych przez Boga, a Pan błogosławił zwiastowanie swego Słowa. Wiedziałem jednak, że Boży plan zawiera w sobie jeszcze większe rzeczy i wierzyłem, że przyjdzie czas, kiedy zostaną w moim życiu zrealizowane. Często zagłębialiśmy się razem z żoną w Piśmie Świętym i coraz bardziej byliśmy przekonani, że obietnica Boża o znakach, które mają towarzyszyć tym, którzy uwierzą, jak uzdrawianie i czynienie cudów, należy do nas w teraźniejszych czasach. Byliśmy też świadomi tego, że nie mamy pełnej mocy ani siły, którą Pan obiecał. Wiedzieliśmy, że według Pisma musi tkwić w tym jakaś przyczyna, jeżeli tej mocy w pełni nie posiadamy. A ponieważ Bóg nie może kłamać, musi ona tkwić w nas samych. W czasie swojej pierwszej kaznodziejskiej działalności w pewnym zborze „Kościoła Bożego” w Colorado uczyniłem pewne postanowienie, aby za wszelką cenę wyprosić odpowiedź z góry, ponieważ moja służba nie była potwierdzana znakami i cudami. Byłem pewny, że Bóg będzie jeszcze w jakiś sposób mówił ze mną i oznajmi mi, co stoi na przeszkodzie między mną, a mocą Bożą ku czynieniu cudów w mojej służbie, jeżeli w postach i w modlitwach będę Pana o to prosił.

Tęskniłem mocno za mocą Bożą w moim życiu i czułem, że nie będę mógł stanąć znowu za kazalnicą i głosić Słowo Boże, jeśli mi Bóg nie odpowie. Powiedziałem żonie o moich planach, a w boju, jaki odtąd nastąpił w moim życiu, zwyciężyłem. Szatan postanowił mi przeszkodzić w tych zamiarach proszenia Pana tak długo, dopóki mi nie odpowie. Często więc zwyciężał przez wywabianie mnie z pokoiku, który służył mi do modlitwy. Wiedział on, że powstałoby wiele szkód w jego królestwie, gdybym doszedł kiedyś do bezpośredniej łączności z Bogiem. Czynił więc wszystko, co tylko było w jego mocy, aby mnie pewnie trzymać i zabronić, by za żadną cenę nie mogło się owo połączenie urzeczywistnić. Codziennie wchodziłem do swego pokoiku, przeznaczonego na modlitwy, ze stanowczym postanowieniem, że zostanę w nim tak długo, aż Bóg zacznie do mnie mówić. Ale wciąż odchodziłem stamtąd, nie otrzymawszy Bożej odpowiedzi. Wtedy żona mówiła do mnie : „Myślałam, że powiedziałeś, iż teraz już zostaniesz dotąd, dopóki nie nadejdzie Boża odpowiedź.” Uśmiechała się przy tym do mnie, jej tylko właściwym uśmiechem, przypominając mi jednocześnie, że Bóg jest wprawdzie gotów, lecz ciało jest mdłe. Stale odpowiadałem jej: „Haneczko, było moim zamiarem przebić się w modlitwie , ale… Znalazł się zawsze jakiś powód, dla którego nie mogłem w swojej komórce zostać do czasu, aż przyjdzie Boża odpowiedź. Usprawiedliwiałem się za każdym razem i mówiłem: „Jutro to przemogę, kiedy okoliczności będą bardziej sprzyjające”. Pan pobudził mnie do myślenia i dodał odwagi sercu, kierując moją uwagę na Daniela, gdy trwał w poście i w modlitwie (Dn 10: 1–12), dopóki nie wyrwał odpowiedzi z rąk szatana, chociaż trwało to całe trzy tygodnie. Wtedy znowu wszedłem do komórki na kolana, a żonie powiedziałem, że nie wyjdę, dopóki nie usłyszę głosu Bożego i rzeczywiście tak myślałem. Kiedy jednak za kilka godzin poczułem zapach obiadu, który żona gotowała dla siebie i dla naszych maleństw, nie wytrzymałem i wyszedłem z komórki do kuchni, pytając żonę: „Cóż to takiego smacznego gotujesz, kochana?” A gdy chwilę potem siedziałem za stołem, Bóg przemówił do mojego serca. Chociaż połknąłem dopiero pierwszy kęs potrawy, jednak wstałem, kiedy przemówił. Teraz wiedziałem już z całą pewnością, że Bóg nie odpowie na pytanie mego serca, jeśli dla mnie nie będzie to droższe niż cokolwiek innego na świecie, droższe niż potrawa, uspokojenie i ukojenie cielesnych żądz i pożądliwości. Gdy czekamy na Boga, aby Go usłyszeć, nasłuchiwanie głosu Bożego musi być ponad wszystko, musi być najważniejsze.

Wstałem prędko od stołu i powiedziałem do żony: „Haneczko, teraz mam do czynienia z Bogiem. Wrócę do komórki i proszę, zamknij mnie. Chcę tam zostać tak długo, aż coś usłyszę od Boga. „Ach — powiedziała — może już za godzinę zaczniesz stukać, żebym ci otworzyła”. Wiedziała, że często już tak obiecywałem, że zostanę w komórce, póki nie otrzymam odpowiedzi, i widocznie zwątpiła już, bym mógł na tyle zapanować nad moim ciałem, żeby przemóc diabła. Zamknęła jednak drzwi i powiedziała: „Puszczę cię, jak tylko zapukasz.” Po raz kolejny powiedziałem, że nie będzie to prędzej, aż otrzymam odpowiedź, na którą tak długo czekam. Nareszcie postanowiłem zostać za wszelką cenę, aż usłyszę coś od Pana. Po całych godzinach bojowania w mojej izdebce przeciwko ciału i diabłu wielokrotnie byłem bliski zaprzestania wszystkiego. Wydawało mi się to wiecznością, a wynik był tak mało znaczący. Wciąż przychodziło do mnie pokuszenie, aby zaniechać tego wszystkiego, zadowolić się bez Bożej odpowiedzi — postępować tak jak dotychczas. Ale głęboko w sercu wiedziałem, że się tym nigdy nie będę mógł zadowolić. Przecież już tyle razy próbowałem i przekonywałem się, że to mi nie wystarcza. Nie! Dlatego wytrwam tutaj na kolanach, aż mi Bóg odpowie, choćbym miał przez to umrzeć.

Wtedy chwała Boża i dostojność zaczęła napełniać moją komórkę. Myślałem, że to żona otworzyła pokój, ale tak nie było. To Zbawiciel Jezus Chrystus otworzył drzwi niebios, a komórka została zalana wspaniałością Bożej chwały. Nie wiem, jak długo trwałem tam, zanim się to stało, ale to nie jest dla mnie ważne. Wiem tylko, że przebiłem się w modlitwie. Obecność Pańska była naprawdę tak zadziwiająca i mocna, że czułem konieczność śmierci tu na kolanach, bo nie mógłbym znieść, gdyby Bóg zbliżył się do mnie jeszcze bardziej. Jednak tęskniłem przecież za tym i byłem zdecydowany na to w prośbach. Czy była to dla mnie odpowiedź? Czyżby Bóg mówił do mnie? Czy Bóg odpowiedział po tylu latach na pragnienie mojego serca? Nie wiedziałem, jak długo trwam w tym stanie. Wydawało mi się, jakbym stracił przytomność na wszystko oprócz mocnej obecności Bożej. Próbowałem Go ujrzeć i jednocześnie bałem się tego (Wj 23: 20). Obecność Jego chwały była przeze mnie dostatecznie odczuwalna. Gdyby tylko zechciał ze mną mówić i odpowiedzieć przynajmniej na jedno pytanie! „Panie, dlaczego nie mogę uzdrawiać chorych? Dlaczego nie mogę czynić cudów w Twoim imieniu? Dlaczego nie posiadam takich znaków wiary, jakie mieli Piotr, Jan i Paweł? Na to usłyszałem Jego głos, jak głos gwałtownego wichru. To naprawdę był Bóg. Mówił do mnie. To była sławna odpowiedź, której tak pragnąłem, na która tak długo czekałem. W obecności Bożej czułem się jak mały pyłek na stoku skalistej góry, sięgającej do nieba. Czułem, że nie jestem godzien słyszeć Jego głosu. Lecz On nie mówił do mnie dlatego, że byłem tego godzien, lecz dlatego, że tego potrzebowałem. Już przed wiekami obiecał zaspokoić tę potrzebę, było to więc spełnieniem Jego obietnicy. Wydawało mi się, że Bóg mówił do mnie tak szybko i o tylu rzeczach, że nie byłem w stanie zatrzymać tego wszystkiego w pamięci, a jednak wiedziałem, że tego nigdy nie zapomnę. Bóg zaznajamiał mnie ze wszystkim i podawał mi spis rzeczy, które stały między mną, a mocą Bożą. Każdorazowo, kiedy do spisu było dołączane nowe żądanie, następowało krótkie objaśnienie lub wykład, w którym to żądanie zostało wyjaśnione. Niektóre z rzeczy, które Pan Bóg do mnie mówił, brzmiały jak wyjątki z Pisma Świętego i wiedziałem, że były z niego wzięte.Gdybym wiedział, że tak wiele rzeczy trzeba będzie zapamiętać, wziąłbym sobie ołówek i papier. Nie przypuszczałem, że Bóg w ten sposób będzie do mnie mówił i, że da mi taki długi spis żądań. Nigdy bym nie pomyślał, że jestem aż tak oddalony od świątobliwości Bożej i nie byłem świadomy tego, że w naszym życiu było aż tyle rzeczy, które się Panu nie podobają i przeszkadzają mojej wierze.

Podczas, gdy Bóg w dalszym ciągu mówił do mnie, zacząłem pośpiesznie szukać ołówka i znalazłem jego kawałek z ułamanym koniuszkiem. Zaostrzyłem go zębami i szukałem kawałka papieru, ale nie znalazłem. Nagle przypomniałem sobie o pudełku z tektury, w którym przechowywaliśmy zimową odzież i postanowiłem na nim napisać. Poprosiłem Pana, by zaczął jeszcze raz od początku, by pozwolił mi pisać jedno po drugim, i żeby mówił wolniej, abym wszystko mógł przelać na papier. Bóg zaczął więc mówić jeszcze raz. Mówił o wielu rzeczach, o których już poprzednio wspominał, pokazując jedną po drugiej, a ja wszystko to zapisywałem. Kiedy już ostatnie żądanie zostało napisane na kawałku tektury, Bóg przemówił jeszcze raz następującymi słowami : „To jest odpowiedź. Jeżeli złożysz ostatnią rzecz z otrzymanego spisu na ołtarzu oddania się i posłuszeństwa, będziesz nie tylko uzdrawiał chorych, ale także w moim imieniu wyganiał demony i ujrzysz potężne cuda i znaki, gdy będziesz w moim imieniu głosić Słowo. Dam ci moc nad wszelką gwałtowną mocą nieprzyjacielską.” Bóg dał mi również zrozumieć, że przeszkody w mojej służbie nie różnią się od tych, na jakie napotyka tysiące kaznodziejów. Przeszkody te wstrzymują Pana od działania przeze mnie, a także uniemożliwiają potwierdzanie Słowa znakami. W pewnym momencie zaczęło światła w pokoju ubywać, poczułem jak Jego mocna siła poczęła się unosić w górę. Jego obecność trwała jeszcze chwilę i ja drżałem jeszcze pod wpływem obecności Bożej. Trzymałem spis w swoim ręku. Tutaj wreszcie znajdowała się cena, jaką muszę zapłacić w swym życiu i służbie. Wypisana cena za pełną Bożą moc.

Chwilę później zastukałem gwałtownie w drzwi, a kiedy żona otworzyła i zobaczyła mnie, od razu wiedziała, iż spotkałem się z Bogiem. Spytała: „Otrzymałeś odpowiedź?” „O tak, Bóg mnie odwiedził, a tutaj jest odpowiedź.” W mojej ręce był kawał brunatnej tektury z odpowiedzią, która kosztowała tyle godzin postów, modlitw, czekania, a także i wiary. Zasiedliśmy ze spisem za stół, a gdy zacząłem żonie opowiadać, co się stało, i przeczytaliśmy razem zapisaną tekturę, płakaliśmy oboje. Jedenaście punktów tworzy treść niniejszej książeczki. Każdemu z tych jedenastu zdań jest poświęcony cały rozdział. Gdybym mógł skreślić ostatni z jedenastu punktów, mógłbym daną mi obietnicę uważać za swoją. Szatan mi jednak powiedział, że to się nigdy nie stanie. Odpowiedziałem, że się to stanie za pomocą łaski Bożej. Miliony ludzi było chorych, biednych i ubogich, którym lekarska wiedza nie pomogła. Musiał im ktoś przynieść oswobodzenie i ratunek. Bóg powołał mnie, abym był pośrednikiem w wykupieniu, jak powołał każdego, który służy Słowem, żeby czynił to samo (Ef 34: 1–4).

Często na moich spotkaniach , kiedy podróżowałem po USA, Bóg wylewał swego Ducha, lecz działo się to w ograniczonej mierze. Wiedziałem jednak, że ujrzę takie cuda, jakich poprzednio nie oglądałem. W kościele „Calvary” w Oakland (Kalifornia), gdzie jest pastorem rev. A. Townes, prowadziłem ewangelizację z uzdrowieniem na temat: „Z powrotem do Boga”. Wielu ludzi mówiło, że było to największe przebudzenie w dziejach Oaklandu. Setki ludzi mówiło, że tak mocnego spotkania z mocą Bożą jeszcze nigdy nie przeżyli. Już pięć tygodni trwają zebrania, a fale łaski Bożej płyną co wieczór tak silnie na zebranych, że wielu świadczy, iż zostali uzdrowieni, podczas gdy siedzieli na swoich miejscach, przy czym wszyscy odczuwali, jak mocna siła Boża spływała na zebranych. Ludzie wstawali, aby świadczyć o nagłych uzdrowieniach, a niektóre z nich są faktycznie cudami, jak zniknięcie różnych narośli, uzdrowienie ślepych i głuchych, zniknięcie guzów. Przy wkładaniu rąk w imieniu Jezusa czułem, jak guzy znikają. Ogromne są okrzyki zwycięstwa, kiedy zostają uzdrowieni ślepi. Pewna kobieta świadczy, iż było to tak, jakby przyszła z mroku pod słoneczne promienie. Modliliśmy się za pewną panią, która miała chorobę gardła. Po chwili widzieliśmy, jak śpieszyła do toalety, a gdy wróciła do zgromadzonych, opowiadała, że w modlitwie wyszło jej coś z gardła do ust, a miało to kształt obcego wyrostka, niewątpliwie raka. Narośle wielkości ludzkiej pięści znikały przez noc, kiedy w imieniu Jezusa wkładano ręce. W wielu wypadkach prawdziwe uzdrowienia były stwierdzone przez lekarza i wykazane rentgenem. Staliśmy tu ze świętą bojaźnią i zdumiewaliśmy się nad pełną Bożą mocą, która się przejawia od pierwszej chwili w tych zebraniach. Wielu ludzi zostało oswobodzonych z mocy wroga, zbawionych, uzdrowionych lub napełnionych Duchem Świętym. 90 % z tych, na których wkładano ręce, zaraz pod mocną siłą Bożą zostawało rzuconych na ziemię. Niektórzy krzyczeli lub zataczali się pod działaniem Ducha Świętego, jakby byli pijani, zanim padli na ziemię. (patrz Jr 23: 9).

W tych okolicznościach jest wprost niemożliwe, aby odszedł ktoś z zebrania obojętny lub niedotknięty. Jest to niepojęta moc Boża, która dotyka największych głębin człowieka. Ta sama siła sprawiła, że Jan padł do Jego nóg jak martwy (Ap 1: 17). Ogłosiliśmy potem, że na tych, którzy pragną na naszych zebraniach zostać ochrzczeni Duchem Świętym, będziemy wkładać ręce zgodnie ze Słowem Bożym, zapisanym w Dziejach Apostolskich 8: 17. Po kazaniu przyszli wszyscy, którzy nie zostali ochrzczeni w czasie kazania, i ustawili się w długi rząd, a każdy z małymi wyjątkami, na kogo zostały włożone ręce w imię Chrystusa, padał na ziemię. Był to niezwykły widok dla mnie, stojącego w tyle na podium, kiedy oglądałem całą przestrzeń przed ołtarzem zapełnioną tymi, którzy pod wpływem mocy Bożej padali na podłogę. Jeszcze radośniej było mi słuchać niebieskich melodii głosów, które niosły się w górę we wspólnym uwielbieniu Boga, gdy Duch Boży napełniał posłusznych wierzących, a ci przemawiali nowymi językami (Mk 16:17; Dz 2:46). Nie przywłaszczam sobie daru uzdrawiania mimo, że było w tych zgromadzeniach setki cudownie uzdrowionych. Sam nie zdaję sobie sprawy z tego, jak mogłem przeżyć tak ogromne zmiany w sposobie mojego usługiwania. Czy ty już to zrozumiałeś? Ostatni rozdział ze spisu, jaki otrzymałem od Pana w mojej komórce, nareszcie mógł zostać skreślony. Alleluja! Dalsze rozdziały zawierają wymagania, które podał mi Bóg, a są one przeznaczone dla tych, którzy pragnęliby posiąść pełną moc Bożą.

II. Post i modlitwa (Punkt 1)

Jakie były te niezwykłe słowa? Dlaczego Bóg mówił je do mnie? „Nie jest uczeń nad mistrza swego, ani sługa nad Pana swego”. Słowa te czytałem już w Biblii, ale obecnie był to głos samego Boga, który powiedział je do mnie. Przede wszystkim musiałem zrozumieć to, że jest dla mnie niemożliwym być nad swego Mistrza, Jezusa Chrystusa. Powiesz może: „Cóż jest w tym nadzwyczajnego? Przecież na pewno nikt nie spodziewa się być większym nad Niego.” Jeżeli jednak zastanowisz się nad tym głębiej, to zauważysz, że oczekujesz i żądasz tego, co ja. Czytałem Jego obietnice (J 14: 12). Aczkolwiek wydaje się być nieprawdopodobnym, by ktoś mógł czynić cuda większe niż Jezus, a mimo to, zdaje się jednak, że właśnie tak jest tam powiedziane. Często rozmyślałem nad tym właśnie miejscem Pisma Świętego i jego znaczeniem. Myśl, że uczeń mógłby czynić większe rzeczy niż jego mistrz, wydawała się duchowi Pisma wyraźnie przeczyć. Jednak mogłem zrozumieć i to, że także i ta obietnica, jak wszystkie inne Boże obietnice, jest prawdziwa, jeśli ją tylko prawidłowo zrozumiemy. Będziesz dokonywał większych czynów, a to w tym sensie, że Jezus stał sam, a Jego usługiwanie ze względu na niedostatek czasu i ówczesne mniejsze możliwości kontaktowania się musiało być ograniczone do mniejszych obszarów i mniejszej ilości ludzi. Tych znowu, którzy Jemu wierzą, jest bardzo dużo, a są rozproszeni po całej ziemi. Wielu z Jego dzisiejszych uczniów głosząc Słowo podróżowało po całym świecie, a dzięki urządzeniom takim jak np. radio, głosili o jednej porze ogromnej masie niewidocznych słuchaczy i przez to mieli możliwość głoszenia ewangelii większej ilości ludzi niż Jezus. Podczas gdy Jezus mógł swym głosem dosięgnąć tylko setek ludzi, Jego dzisiejsi następcy docierają do wielu tysięcy ludzi. Same zaś dzieła, które moc Boża czyni dzisiaj, są takie same, jakie czynił On. A większe są tylko co do ilości, nigdy zaś co do istoty rzeczy. Temu, który wierzy, jest obiecana taka sama moc, jakiej używał Jezus, tj. czynić cuda i znaki takie, jakie widzieli uczniowie, czynione przez Mistrza. Jakie nieopisane i niezmierzone rzeczy mogłyby być wykonane, gdyby wszyscy naśladowcy Jezusa używali tej, co On, mocy!

Słowa Chrystusa: „Nie jest uczeń nad mistrza, a sługa nad Pana swego” były poselstwem Jezusa do 12 uczniów, którzy zostali wysłani, aby czynić różne rzeczy i czyny, jakie nam Bóg obiecał (Mt 10: 14–21; Mt 10: 8). Z tą cudowną obietnicą mocy złączona była obietnica prześladowania (Mt 10: 14–21). A uwolnienie od tych rzeczy nie mieściło się w obietnicy Bożej dla tych, którzy chcą Go naśladować, chociaż mają do wykonania święte dzieło, które On czynił. Jezus Chrystus sam był prześladowany. Gdyby więc uczniowie mogli czynić te same rzeczy, które On czynił, nie będąc przy tym narażeni na nienawiść, nieprzyjaźń i prześladowania, wtedy byliby nad swego Mistrza (2Tm 3: 12). Prześladowanie jest jednym ze składników Bożej mocy, który rozciąga się na wszystkich. Dopóki Jezus był w warsztacie ciesielskim w Nazarecie, nie był ani znienawidzony, ani prześladowany, ani atakowany z wielu stron. Ale zaraz po tym, gdy zaczął czynić wielkie rzeczy, zaczęto Mu złorzeczyć nazywając Go belzebubem, największym z diabłów, i starano się go zabić (Łk 4: 29). Prześladowanie trwało przez cały czas- trzy i pół roku, i zostało ukoronowane przybiciem Go na krzyż. Stało się tak dlatego, że posiadał On moc, której się obawiali pozbawieni mocy ówcześni przywódcy religijni. Także Piotr w oczach ówczesnych ludzi był porządnym człowiekiem, dopóki był zwykłym rybakiem, ale kiedy uzdrowił chromego, wtrącono go do więzienia (Dz 3:7 i 4:3). Dopóki święty Szczepan był tylko członkiem pierwszego kościoła w Jerozolimie, nikt się o niego nie troszczył, ale z chwilą, gdy będąc pełnym wiary i mocy, czynił cuda i znamiona przed ludem (Dz 6: 8), postawiono go przed sądem i ukamienowano. Także apostoł Paweł nie potrzebowałby uciekać przed prześladowaniami dla uratowania życia, gdyby został w wierze swych ojców. Spotkało go prześladowanie dopiero wówczas, kiedy w tak dziwny sposób spotkał się z Bogiem. Także i ciebie nie spotka żaden większy odpór ani prześladowanie, jeżeli będziesz, jak to świat określa, tylko normalnym chrześcijaninem, ale gdy weźmiesz Bożą obietnicę na serio, poważnie, aż do skutku i będziesz czynił rzeczy wykraczające poza normalny tryb, sięgniesz głębiej, spotkasz się z prześladowaniem. Ja także spotykałem się z minimalnym sprzeciwem, dopóki nie zdecydowałem się wziąć wszystkiego, co mi było obiecane, z Bożej mocy.

Wydaje się wtedy, jakby ta nienawiść spotykała nas od ludzi, ale w rzeczywistości jest ona kierowana ku nam przez szatana, wielkiego generała wojsk nieprzyjacielskich. Używa on wtedy wszelkich dostępnych mu środków od ataku wręcz, aż do zdrady w naszym własnym obozie. Wciąż na nowo ukazuje nam Jezus cenę, którą musimy zapłacić, jeśli chcemy wkroczyć w Jego ślady. Poleca nam obliczyć środki i daje okazję każdemu iść za Nim, jeśli nie uważa ceny, jaką trzeba zapłacić, za zbyt wysoką w stosunku do błogosławieństwa, które ma być darowane. (Hbr 12: 2; 2Tm 2: 12). Uczeń, który chciałby mieć udział w Jego mocy i świątobliwości, musi zrozumieć, że nie jest większy nad swego mistrza, gdyż musi iść tą samą drogą utrapienia, wierności i wydawania się na ofiarę, którą szedł Mistrz, jeżeli chce przez to, w tym życiu osiągnąć cel, przebogate życie, uczyć się je poznawać i uczestniczyć w niebieskiej sławie. Jeżeli Syn Boży musiał cierpieć będąc opuszczony, a rękami tych, którym przyszedł służyć, był okrutnie ubiczowany i na koniec ukrzyżowany, nie będą te cierpienia oszczędzone także Jego uczniom. Również będą oni zwiastować utrapionym radosną wieść o ich wykupieniu. Jezus Chrystus musiał na koniec zrzec się wszelkiej czci i dostojności ziemskiej, kiedy odrzucił propozycję ofiarowaną Mu przez księcia tego świata, poza ramami Bożego prawa (Mt 4: 8–10). Dlatego Jego uczniowie muszą uczyć się poznawać moc i siłę Bożą, muszą mieć przed oczyma tylko zamiary Boże, a wszystkie inne propozycje odrzucać, choćby były najkorzystniejsze, oraz posiadać żywe pragnienia swego Mistrza (Hbr 10: 7; Flp 3: 8).

Jeżeli Syn Boży przebojował na górze wiele godzin nocy, trwał w poście i w samotności pośród gór na modlitwach do swego Ojca, aby mógł być zdolnym wyganiać takie demony, o których mówił (Mt 17: 21), trzeba, aby i Jego uczniowie oczekiwali w postach i modlitwach na Pana i uczyli się myśleć i czynić zgodnie z wolą Bożą, aby także mogli takie demony wyganiać. W tym celu trzeba nieustannie się modlić, a nie ustawać (Łk 18: 1). Wytrwała i nieustanna modlitwa była najważniejszymelementem charakteryzującym życie Jezusa. Kiedy Judasz szukał Jezusa, aby Go wydać faryzeuszom, wiedział, że znajdzie Go w ogrodzie modlitwy. Modlitwa była dla naszego Pana rzeczą ważniejszą niż głoszenie i uzdrawianie. Często bywało tak że, chcąc mieć czas na modlitwę musiał chronił się przed ludem, który gromadził się całymi zastępami, by słuchać Go i otrzymać uzdrowienie (Łk 5: 15–16). Jezus odłączał się od tłumów i odchodził na pustynię, bo odczuwał potrzebę modlenia się. Modlitwa była więc dla Niego czymś ważniejszym niż czynienie cudów, a bez niej cudów , by nie było. Modlitwa jest przyczyną, cud zaś jest jej skutkiem. Modlitwa była Panu ważniejsza niż sen i odpoczynek (Mk 1: 35).

A dlaczego właśnie tak?- czytaj Łukasza 6: 12. Gdyby uczeń mógł osiągnąć takie same wyniki, jak jego Mistrz, nie płacąc za to takiej samej ceny, jaką zapłacił Jezus, moglibyśmy przypuszczać, iż jest większy nad swego Mistrza. Uczeń umiałby lepiej i skuteczniej, niż jego Mistrz go tego nauczył. W świecie bywają takie przypadki, że uczeń lub wychowanek wyprzedzi swojego mistrza. Ale Jezusowy uczeń w żadnym przypadku nie może być większy nad swego Nauczyciela. Nie może znaleźć krótszej drogi, aby osiągnąć Bożą moc. Jeśli ktoś chciałby tego spróbować, spotka go tylko zawód i rozczarowanie, a jego życie będzie bez pożytku. Dla ucznia aktualne jest słowo Mt 10: 25.

Zanim jeszcze zdołałem pojąć wszystko, co mi Bóg obiecał, zaczął On mówić nagle dalej, wyjaśniając słowo, które tworzy drugą część objawienia, jakie dał mi Bóg, gdy czekałem na Niego w poście i w modlitwie w swej komórce.

III. Doskonali jak Mistrz (Punkt 2)

,,Uczeń nie przewyższa swego mistrza. Lecz doskonały będzie każdy, kto będzie jak jego mistrz.” (Łk 6: 40) Mój duch złamany, upokorzony i zdruzgotany pierwszymi słowami poselstwa został podniesiony nagle do podniosłego stanu, kiedy uświadomiłem sobie słowa, którymi Bóg do mnie przemówił. Powiedział, że nie mogę wprawdzie stać się nad Mistrza swego, lecz mogę zostać takim, jak Mistrz. Znalazłem także te słowa zapisane w Biblii (Łk 6: 40). Nie jest to, jak niektórzy myśleli i myślą, obietnica, która się spełni z chwilą przyjścia Pana Jezusa. Odnosi się ona do tych, którzy chcą z całej siły i skutecznie naśladować Jezusa w dzisiejszych czasach. Obietnica ta wprawdzie była przez Boga skierowana do mnie w celu pouczenia, ale znajduje się ona także w Biblii. Należy więc nie tylko do mnie, ale do każdego człowieka, który wierzy Bogu. Należy i do ciebie. Możesz i ty uzdrawiać chorych, możesz czynić cuda. Możesz używać darów Ducha (1Kor 12: 8–12), możesz czynić rzeczy, jakie On czynił. Bóg tak powiedział, a On nie kłamie (Ps 89: 35 i Lb 23: 19). Każdy, więc, kto chce być doskonały i chce spełniać Bożą wolę, musi stać się jak Chrystus.

Być może myślisz sobie: „To niemożliwe, ponieważ Chrystus był nie tylko człowiekiem, ale i Bogiem, my zaś jesteśmy tylko ludźmi.” Ci, co tak mówią, nie są świadomi prostego i stanowczego zapewnienia Pisma Świętego (Hbr 2: 16, 17 i 1Tm 2: 5). Kiedy pewnego razu Jezus był na morzu, siedząc w małej łódce, rozszalała się wielka burza, którą On uciszył słowem. „Cóż to za człowiek, że mu wiatry i burze są posłuszne?” — dziwili się ludzie. Podobne pytania stawia i dziś wielu ludzi, gdy widzą, jak niektórzy Jego uczniowie walczą i dostępują przez wiarę obietnic Bożych, uzdrawiając chorych, wskrzeszając martwych, zwiastując słowa, które są potwierdzone nadnaturalnymi znakami, tak jak im Jezus przykazał (Mk 16: 17, 18). Niektórzy myślą, że jest to jakiś specjalny rodzaj ludzi, którzy takie rzeczy mogą czynić. W żadnym razie tak nie jest. Są to całkiem zwykli, prości ludzie, ale pełni Ducha Świętego, którzy podjęli się pracy Bożej. Są to ludzie, którzy zrozumieli, że mają być takimi, jak ich Mistrz, i poświęcili swoje życie Bogu, aby ten cel skutecznie osiągnąć.

Kiedy ludzie w Listrze ujrzeli, że mąż chromy od urodzenia został na rozkaz Pawła uzdrowiony, tłumaczyli, że bogowie, upodobniwszy się do ludzi, zstąpili między ludzi. Poganie nie mogli tego pojąć, bo nie znali dzieł Bożych. Wydaje się jednak, że i liczni chrześcijanie tak samo mało wiedzą o Bożej mocy, którą Bóg uczynił dostępną swemu ludowi. Gdy ci biedni poganie chcieli złożyć ofiary Pawłowi i Barnabie, ci zabronili im tego (Dz 14: 8–15). Jezus oczywiście był nie tylko Bogiem, lecz i człowiekiem. Chodząc tu po ziemi, nie czynił jednak cudów korzystając ze swej Boskiej natury, musimy się więc jako Jego uczniowie zapytać: Jaki to człowiek? Z Jego własnych wypowiedzi wynika, że Jezus jest uczestnikiem boskiej trójjedyności, obejmującej Ojca (Jahwe), Syna (Jezusa Chrystusa) i Ducha Świętego. Istniał, zanim świat powstał, i uczestniczył w jego stworzeniu (J 1: 1–3). Nie tylko był z Bogiem, lecz sam był Bogiem. Miał wszystkie cechy boskości. Wraz z Ojcem był wszechmocny, wszechwiedzący, wszechobecny i wieczny. Jest takim z pewnością i dzisiaj, kiedy siedzi po prawicy Ojca w niebie. Gdy zakończył ziemską służbę uzdrawiania chorych i czynienia cudów i gotów był ponieść ofiarę za nasze grzechy, modlił się o chwałę, która należała do Niego przedtem niż świat został stworzony (J 17: 4–5). Tę właśnie chwałę odłożył i przyjął śmiertelną ludzką postać. Przyszedł na świat jako bezsilne dziecię, narodzone z niewiasty, a żył w takich samych warunkach, jak równi Jemu żydowscy chłopcy, dojrzewając w mądrości (Łk 2: 52). Płakał, odczuwał głód i pragnienie, czuł się zmęczonym, doświadczał każdej słabości ludzkiego ciała i krwi (Hbr 2: 14 i 4: 15; J 1: 2–3). Dlatego Jezus nie miał takiej siły, która by i dzisiaj nie była dostępna każdemu wierzącemu. Boskim planem było, aby każdy wierzący osiągnął tę samą moc, którą posiadał Jezus od Ojca i Ducha Świętego, gdy chodził po ziemi. Kto jest jak Mistrz, doskonały jest (Łk 6: 40; J 17: 18 i 14: 12). Mimo, że Jezus był wszechmocnym Bogiem, to jednak oświadcza podczas swojej ziemskiej służby: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Syn nie może nic czynić sam od siebie, tylko to, co widzi, że czyni Ojciec, co bowiem on czyni, to i Syn czyni tak samo . Bo Ojciec miłuje Syna i ukazał Mu wszystko, co sam czyni. I pokaże mu większe dzieła niż te, abyście się dziwili.” (J 5: 19–20). „Nie wierzycie, że ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie? Słów, które ja do was mówię, nie mówię od samego siebie, lecz Ojciec, który mieszka we mnie, on dokonuje dzieł. Wierzcie mi, że ja jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie. Przynajmniej z powodu samych dzieł wierzcie mi. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto wierzy we mnie, dzieł, których ja dokonuję i on będzie dokonywał i większych od tych dokona, bo ja odchodzę do mego Ojca.” (J 14: 10–12). Odpowiedzi na pytanie uczniów :„Jaki to człowiek?” nie znajdziemy w siłach bóstwa, z których korzystał zanim przyjął na siebie nasze ciało, mieszkając między nami, ani w mocy, którą posiada dzisiaj w niebie. Odpowiedź można znaleźć w jego ziemskim, ludzkim życiu. Żył On takim życiem, aby być przykładem dla tych, których zostawił na ziemi, aby były dokończone dzieła, które On rozpoczął (1P 2: 21). Jest naszym nauczycielem i mistrzem, a my Jego uczniami. Gdyby Jezus jako człowiek używał siły, która nie byłaby nam także dostępna i osiągalna, niemożliwym by dla nas było brać z Niego przykład. Ale On dał nam obietnicę otrzymania tej samej siły i z tego samego źródła, jaką On miał, gdy był między nami jako człowiek (Łk 24: 49; Mk 16: 17–18; Łk 10: 19; Dz 1: 8).

Chociaż był bogaty w moc Bożą i niebieską świątobliwość, dla nas stał się uniżonym i ubogim, abyśmy my Jego ubóstwem ubogaceni byli (2Kor 8: 9). Odłożył On wszystko, całą swoją wielkość, bogactwo i przyszedł jako dziecię na świat, przyjął na siebie postać sługi, obdarty został z wszelkiej dostojności, był jako najbardziej wzgardzony człowiek między ludźmi (Flp 2: 7). Ustne ludzkie podania i legendy ubrały Jego dzieciństwo w różne cuda i dziwne wydarzenia, lecz Słowo Boże mówi całkiem jasno i prosto: „Takiego pierwszego cudu dokonał Jezus w Kanie Galilejskiej, gdzie przemienił wodę w wino” (J 2: 11). Jezus nie czynił cudów, ani nie przejawiał jakiejkolwiek nadnaturalnej mocy, dopóki Duch Święty na niego nie zstąpił (Mt 3: 16–17; J 1: 33). Dopiero kiedy Bóg wylał Ducha Świętego i moc, wtedy zaczął chodząc dobrze czynić (Dz 10: 38). To jest tajemnica Jego zwycięstwa jako człowieka. Jakiego człowieka? Tego, który został namaszczony Duchem Świętym i mocą z góry, z którym był Bóg. Nie zapominaj jednak, iż Jezus jako człowiek był w każdym calu człowiekiem. Człowiekiem doświadczonym we wszystkich ludzkich pokuszeniach, nad którymi odniósł zwycięstwo. Był człowiekiem, który w jednym czasie mógł być tylko w jednym miejscu, aczkolwiek jako Bóg był i jest wszechobecny. Albowiem jako Bóg nie śpi i nie drzemie (Ps 121: 4), to jednak był zmęczony (J 4: 6) i potrzebował też snu (Mt 8: 24). Jako człowiek musiał Jezus gorącymi, umęczonymi i zaprószonymi stopami chodzić z miejsca na miejsce, przy czym szybkość podróżowania była szybkością marszu. Nogami, które kiedyś chodziły po ulicach z czystego złota w niebie, a teraz były zabrudzone, zmęczone i poranione o kamienie niebrukowanych, rozbitych dróg Orientu i palestyńskich ścieżek.

Jakże On cenił zwykłe oczyszczające i orzeźwiające umycie nóg przed posiłkiem, jeżeli jakiś niesamolubny człowiek przypomniał sobie o tym sposobie usłużenia Mu! Cierpiał głód i pragnienie, samotność, zmęczenie, a także boleści. Z tego, co jest zapisane w Psalmie 50: 10–12, nie rościł sobie do tego jako człowiek najmniejszego prawa, wyzbył się wszystkiego, co jako człowiek potrzebował, i nie miał nawet tego, co mają lisy i ptaki, bo nie miał, gdzie by głowę skłonił (Łk 9: 58). Czynił to ochotnie dla nas ludzi, byśmy mogli wziąć udział w Jego świątobliwości i chwale. Kiedy był kuszony na pustyni przez diabła (Mt 4: 3–4), pierwsze pokuszenie szatana dotyczyło twórczej mocy Syna Bożego, do której użycia chciał on skłonić Jezusa w celu zaspokojenia Jego głodu. Gdyby tak Pan uczynił, nie byłby we wszystkich rzeczach na równi ze swoimi braćmi. Ważnym dla szatańskiego planu było przeprowadzenie tego, ale Jezus nie uległ pokuszeniu. W Jego odpowiedzi nie widać domagania się cech istoty właściwej bóstwu. Odpowiada ze stanowczością jako człowiek: „Nie samym chlebem będzie żył człowiek, lecz każdym słowem pochodzącym z ust Bożych.” (Mt 4,4) Z upodobaniem nazywał siebie Synem Człowieczym. Zauważmy więc, czy to nie jest potwierdzone w Piśmie Świętym, że Jezus wziął na siebie naszą naturę i nasze niedostatki, aby przez to stać się dla nas stosownym przykładem? Przypatrzmy się wnikliwie przykładowi Jezusa i zwróćmy uwagę na pytanie w 2 Piotra 3: 11- ,,Skoro to wszystko ma się rozpłynąć, to jakimi wy powinniście być w świętym postępowaniu i pobożności?”

Jezus był mężem mocy. Uczył jako moc mający (Mk 1: 22). Ludzie byli zadziwieni, ponieważ przywódcy religijni ich czasów nie znali takiej mocy. Uczyli oni tradycji, teorii i dawali teologiczne wykłady i formułki. Jezus zaś zrywał misterną przędzę ich nauki, którą oni chytrym sposobem uprzędli i rozwinęli, a sam mocnym słowem wypędzał wszystkie choroby, dolegliwości i szatana. Czynił to wszystko w pełnej mocy. Nie mogli zaś przywódcy religijni mówić tak, jak On, ponieważ im nigdy nie była dana moc i siła Boża nad mocą i siłą nieprzyjacielską. A jakże wiele dzisiaj jest przywódców i nauczycieli, którzy mówią jak ówcześni Faryzeusze i znawcy Pisma Świętego! Ci zaś, którzy są jak Mistrz i Pan, mówią z pełną mocą, tzn., że z taka samą, jaka obfitowała w Jezusie, kiedy jej używał, będąc tu na ziemi, a którą przyjął od swojego Ojca (J 5: 26). On przyszedł w imieniu Ojca (J 5: 43) jako Jego uznany przedstawiciel, aby czynił sprawy Ojca swego (J 9: 4). Wybrał najpierw 12 uczniów (Łk 9: 1–7), a potem powołał 72 innych (Łk 10: 19), którym dał tę sama moc, której On używał (Łk 10: 17). Pod Jego bezpośrednim kierownictwem zostali przygotowani po to, aby mogli czynić nadal Jego dzieła, a On miał wrócić do Ojca. I chociaż teraz jest u Ojca, został wywyższony i dano mu miejsce po Jego prawicy, nie ma bynajmniej zaniechać tego dzieła, które z takim trudem i cierpieniem tutaj na ziemi rozpoczął. Zanim odszedł do Ojca, pozostawił rozkaz i moc do prowadzenia nadal tego dzieła. Tych, co w niego wierzą, uczynił swoimi przedstawicielami, przykazując im w swoim imieniu (w Jego pełnomocnictwie, jakiego udzielił swym pełnoprawnym przedstawicielom), aby czynili wszystko to, co On by czynił, gdyby był obecny ciałem. „W moim imieniu będą wypędzać demony, będą mówić nowymi językami; Będą brać węże, a choćby wypili coś śmiercionośnego, nie zaszkodzi im. Na chorych będą kłaść ręce, a ci odzyskają zdrowie.”, nie aby Boga kusić, ale gdyby się to przytrafiło tak, jak to miało miejsce z Pawłem (Dz 28: 3–5; Mk 16: 17–18 i J 14: 19). Dary, które dał Bóg Kościołowi ku jego zbudowaniu (Ef 4: 8–12), zawierają wszystkie te tak mocne rzeczy, które czynił Jezus, kiedy chodził w ciele (1Kor 12: 7–11). Nigdy też nie uczył Jezus, że ta moc po Jego odejściu do Ojca miała zaniknąć. W swoim ostatnim nakazie do tych, którym powierzył swoje dzieło, podkreślił raczej, że ta moc z nimi pozostanie (Łk 24: 19 i Dz 1: 8). „Nauczajcie wszystkie narody” (Mt 10: 8 i 28: 18–20). Uczniowie, którzy byli namaszczeni Duchem Świętym (Dz 2: 4), szli głosząc wszędzie Słowo, a Pan działał przez nich, potwierdzając ich słowa znakami, które im towarzyszyły (Mk 16: 20). Dopóki ludzie są namaszczani Duchem Świętym, a Bóg jest z nimi, jak był z Jezusem i z pierwszymi uczniami, (Dz 10: 38 i Mk 16: 20), będą się zatem rzeczy, które czynił, dziać także i nadal, a tak zgodnie ze słowami Jezusa ma pozostać do skończenia świata.

Uczeń nie ma być nad Mistrza, ale ma być jak Mistrz. Jeśli chcemy być do Niego podobni w mocy — bądźmy do Niego podobni w świętości, w posłuszeństwie, w pokorze i w miłości. A musimy być do Niego podobni także i w modlitwie, i w społeczności z Bogiem, w wierze, jak też w poście i zaparciu się samego siebie. Gdyby mógł uczeń i służący być podobny do Jezusa w mocy, nie płacąc za to ceny, którą Jezus zapłacił, wtedy byłby uczeń nad Mistrza swego. Pod pewnym względem jest wszystko za darmo, ale za to wszystko, co Bóg daje ludziom, musi być zapłacona cena posłuszeństwa i ochotności. Samo odkupienie, które uczynił dla nas Chrystus może należeć do nas tylko wówczas, jeśli usłuchaliśmy Bożego napomnienia, pokutujemy i idziemy naprzód wierząc Jezusowi. Dar Ducha Świętego bywa nam darowany, jeśli jesteśmy posłuszni Bogu (Dz 5: 32). Zaś moc Boża jest dla ochotnych, a zwłaszcza tych, którzy spełniają warunek: Doskonały będzie każdy, gdy będzie jak jego mistrz” (Łk 6: 40).

IV. Doskonali jak Ojciec (Punkt 3)

Bądźcie więc doskonali, tak jak doskonały jest wasz Ojciec, który jest w niebie.” (Mt 5: 48). Te słowa uderzyły mnie jeszcze bardziej niż poprzednie, o których już wspomniałem. Mojej wyobraźni wydawało się to zbyt daleko idące. Czy śmiertelny człowiek mógłby przypuścić, że będzie kiedyś doskonałym? Bóg jednak nie żądałby ode mnie czegoś, czego nie byłbym w stanie wykonać, a przecież nie miałem wątpliwości, że mówił do mnie On sam. Jakże uchwyciłem się tego słowa, kiedy zorientowałem się, że jest ono cytatem Pisma Świętego, znalazłem je w Ew. Mateusza 5: 48. Było to osobistą wskazówką Jezusa nie tylko dla mnie, lecz dla wszystkich, którzy stali się dziećmi Ojca, który jest w niebie (Mt 5: 45).

Doskonałość jest celem, który Chrystus polecał każdemu wierzącemu, jednak nie każdy chrześcijanin ten cel osiągnął. Żaden też nie ma prawa się chlubić, że go zdobył, jak sam wielki apostoł Paweł poświadczył (Flp 3: 12). Również żaden chrześcijanin nie ma prawa usprawiedliwiać swej niedoskonałości, lecz musi uznać ją jako niedotrzymanie i nie wykonanie rozkazu Bożego. Tacy powinni starać się, aby tę słabość pokonać, bo doskonałość powinna być celem każdego wierzącego.

Dla tych, których nauczano, że jeszcze żaden człowiek oprócz Chrystusa nie był doskonały, zaznaczmy, że Bóg sam pewnej liczbie ludzi przypisuje doskonałość. Ludzie ci nie domagali się takiego potwierdzenia, jednak Bóg oświadczył, iż są doskonałymi. Jako pierwszy ze wszystkich był Job, bohater najstarszej księgi Biblii, o którym jest napisane, że był doskonały. Przyjaciele Joba nie myśleli, że on był doskonały i obwiniali go z tego powodu, że się przechwala (Hi 11:3). Szatan również nie myślał, że Job jest doskonały i skarżył się na niego przed Bogiem, że służy Mu tylko za materialne błogosławieństwa, jakimi go Bóg obdarzył. Nawet sam Job w końcu gotów był uwierzyć, że jest niedoskonały (Hi 42: 6). Kiedy szatan obwiniał go przed Bogiem, to sam Bóg wydał o nim świadectwo (Hi 1: 8). Dla ludzi, którzy czytali tę księgę Pisma, Bóg dołącza swoją definicję ludzkiej doskonałości: „Bojący się Boga, a stroniący od złego”. Wielu, którzy nie zgadzają się z tym, żeby człowiek mógł być doskonałym, udowadniało, że nie widzieli jeszcze doskonałego człowieka w dniach Joba. Bóg powiedział, że był tylko jeden. Za dni Noego był znowu tylko jeden, o którym Bóg powiedział, że jest prawdziwie doskonały (Rdz 6: 9). Niektórzy mówią, że kto byłby doskonały, zostałby wzięty jak Enoch. Nie mówią jednak o tym, że Enoch chodził z Bogiem przez 300 lat, zanim został zabrany (Rdz 5: 22) i, że przed swym przemienieniem otrzymał świadectwo, że się podobał Bogu (Hbr 11: 5). Wszyscy ci starotestamentowi święci byli już przed wydaniem zakonu doskonali. Nadludzka, Boża doskonałość nie była przypisywana żadnemu z nich. Byli oni ludźmi, podlegającymi tymże ułomnościom, co i my. Poznali oni jednak Boga, bali się Go i zachowywali Jego przykazania. Wystrzegali się przy tym pilnie rozlewającej się wokoło złości bezbożnych ludzi między, którymi żyli w najgorszym czasie historii.

Czy więc doskonałość pod zakonem była możliwa? Kiedy Mojżesz przekazywał całemu narodowi poselstwo od Boga, powiedział: „Doskonałym będziesz przed Panem, Bogiem twym” (Rdz 18: 13). Człowiek jest czasem bardziej krytyczny niż Bóg. Kiedy Miriam i Aaron skarżyli się na Mojżesza, Bóg wystąpił w jego obronie i mówił do nich ze słupa obłoku. „Nie jest takim sługa mój Mojżesz, który w całym moim domu jest wierny”. Aczkolwiek nie zostało tutaj użyte słowo „doskonały”, odpowiada to znaczeniu słowa, jakie było dane Jobowi (Hi 1: 8). Dawid nie był przekonany, że doskonałość jest niemożliwa (Ps 101: 2). Wszyscy ci mężowie nie wątpili w doskonałość. Jeszcze wielu innych, jak np. Daniel, Józef, Abraham, Samuel, Eliasz, i inni, żyli życiem świętobliwości i doskonałości. Żyli oni w czasie wcześniejszym, zanim mogli korzystać z możliwości doby obecnej. Wypełnienie Pisma Świętego i obietnic Bożych dał Jezus dopiero nowotestamentowemu Kościołowi (2Tm 3:16–17). Jezus ustanowił apostołów, proroków, ewangelistów, pasterzy i nauczycieli (Ef 4: 11–12). Wierzącym Starego Przymierza nie było jeszcze dane wylanie Ducha Świętego, nie otrzymali jeszcze Pocieszyciela, wprowadzającego we wszelką prawdę, który pragnie w nas zawsze przebywać (J 14: 26). Obecnie jest On darowany nam, każdemu, kto jest posłuszny Bogu (Dz 5: 32). O ileż lżej przychodzi nam żyć życiem poświęcenia, skoro mamy darowaną tak wielką obietnicę, w porównaniu z ludźmi Starego Testamentu. Bóg mówi do nas (2Kor 6: 16–17 i 7: 1): „Mając więc te obietnice, najmilsi, oczyśćmy się z wszelkiego brudu ciała i ducha, dopełniając uświęcenia w bojaźni Bożej.” Ta obietnica należy do nas. Możemy się oczyścić od wszelkiego zanieczyszczenia, a w Bożej bojaźni dorosnąć do zupełnej doskonałości. To nie jest nowa nauka. Nauka o pełnym poświęceniu głoszona była przez wszystkie stulecia przez wielkich i oddanych sług Chrystusa i była uznawana za zdrową naukę. Pismo Święte uczy o życiu świętym, bez którego nikt nie ujrzy Pana. Za pomocą Ducha Świętego jesteśmy w stanie wykonać ten rozkaz: „Świętymi bądźcie, bom Ja jest święty”. Zupełna świętość jest wolą Bożą, a wierzący powinni naśladowaniem w posłuszeństwie, z całej siły i mocy, o nią zabiegać. Jak to przyjmiesz — to już twoja sprawa. Udoskonalanie, świętość, zupełne poświęcenie jest nie tylko możliwe, ale jest obowiązkiem wierzącego, więcej – jest Bożym nakazem (1P 1: 15). „Bądźcie wy tedy doskonali” (Mt 5: 48). Może w takim razie powiesz: „Znam wielu chrześcijan, a nawet kaznodziei, którzy mówią, że nie można być doskonałym i, że szkoda nawet czasu na próby starania się o to”. Znam ich osobiście, ale oni nie uzdrawiają chorych i nie wypędzają demonów.

Grzech w twoim życiu jest warownią diabła. Możesz tę twierdzę wyrwać z rąk szatana lub mu ją pozostawić, ale pozbawi cię to twojej mocy. Jezus nie pozwalał na to, aby szatan uzyskał w Jego życiu jakikolwiek przyczółek czy twierdzę. Tuż przed ukrzyżowaniem oświadczył: „Nadchodzi bowiem władca tego świata, a on we mnie nic nie ma” (J 14: 30). Miał moc dokończyć dzieło, dla którego przyszedł na świat, ponieważ nie znalazł nic na nim, żadnego przyczółka, żadnej grzesznej słabości lub pobłażliwości dla siebie. I my, naśladowcy Jezusa jesteśmy napominani, abyśmy nie dali szatanowi najmniejszego punktu oparcia — „nie dawajcie miejsca diabłu” (Ef 4: 27). To jego dziełem jest skierowanie twojej wiary w tym kierunku, że nie jesteś w stanie utrzymać swojego życia w bezpieczeństwie od jego zasadzek. Jeżeli uda mu się to, że zostawisz mu trochę miejsca, z którego może działać, zniszczy całe twoje usiłowanie, skierowane ku Bogu. Okradnie cię z mocy, która jest ci potrzebna do życia z Bogiem, nie będziesz w stanie wykonać dzieła, powierzonego ci przez Boga. Chorzy nie będą uzdrawiani, a spętani nie doznają uwolnienia. Spróbujesz wypędzić diabła, a on roześmieje ci się w twarz tymi słowy: „Tolerujesz nas we własnym ciele, a chcesz nas z innych wypędzać?” Demony znają moc chrześcijanina, napełnionego przez Chrystusa, ale nie boją się nikogo, kto nie jest święty (Dz 19: 13–15). Synowie Scewy nie wiedzieli, że potrzeba im świętości i że nie można jej pomijać, jeżeli chce się używać pełnej mocy Bożej. Działanie reakcyjne nie w każdym wypadku bywa tak gwałtowne i bezpośrednie. Ci potulni Żydzi próbowali już dawniej czynić to samo, a tylko raz spotkali się z tak silnym oporem szatana, ale też ani razu nie udało im się diabła wypędzić. Demony uciekają tylko przed Chrystusem lub przed tymi, którzy są napełnieni życiem Chrystusa. Nie ma żadnej drogi, aby bez świętości dostąpić mocy Bożej, bowiem sam Pan Jezus mówi: „Doskonałym będziesz, jeśli będziesz jak mistrz” (Łk 6: 40). O doskonałości dałoby się dużo powiedzieć i można by wydać całą książkę na ten temat, by pokazać człowiekowi, który jest spragniony, głodny i tęskniący do poznania prawdy, w jaki sposób może wykonać nakaz Boży: „Bądźcie świętymi, bom Ja jest święty”. Moc, którą Jezus obiecał swoim naśladowcom, jest dostępna. Pełna Boża moc, o której było już dostatecznie mówione, jest dla każdego, kto jej pragnie. Ale tu trzeba coś więcej niż wiedzieć, że doskonałość istnieje. Trzeba wiedzieć też i to, że możesz ją osiągnąć, a także, że nie każdy chrześcijanin osiągnął już ten cel i nie każdy ma moc, którą Jezus obiecał.

Pewnego dnia dwunastu wybranych uczniów spotkało się z demonem, który nie chciał wyjść na ich rozkaz, chociaż wcześniej uzdrowili w imieniu Jezusa wielu chorych i wiele demonów wypędzili. Gdy Jezus wypędził tego demona, pytali się uczniowie, dlaczego oni nie mogli tego uczynić. Jako powód Jezus podał im zbyt małą wiarę oraz brak modlitwy i postu. U tych dwunastu wybranych mężów Bożych pojawiał się także czasami niedostatek owoców Ducha i przejawiały się widoczne uczynki ciała, jak np. pycha (Mk 10: 45), zazdrość (Mk 10: 45) i gniew (Mt 26: 51). Oni zasnęli, kiedy mieli się modlić (Mt 26: 40), a opuścili Jezusa w godzinie pokuszenia (Mt 26: 56). Nie rozumieli i nie potrafili rozpoznać Bożego planu i zatrzymywali Go, kiedy oznajmił im, że będzie zabity (Mt 16: 23). Nie osiągnęli jeszcze doskonałości, ale pragnęli być doskonałymi i pilnie się starali, aby uchwycić obietnicę Bożą, a Bóg ich poważał i nie wstydził się być nazwany ich Bogiem. Nie bądź bojaźliwy, upośledzony i nieśmiały, jeśli nie osiągnąłeś jeszcze doskonałości. Doskonałość należy osiągnąć już tutaj, zanim spotkamy się z Jezusem twarzą w twarz. Należy wzrastać w miłości w celu osiągnięcia doskonałości, w której musimy pozostać, póki jesteśmy w ciele. Nasze udoskonalanie można porównać do owocu drzewa. Już od czasu, kiedy pojawiło się nasienie, jabłko może być w nim doskonałe, chociaż jest jeszcze maleńkie i nieznaczne, i nie nabrało jeszcze koloru ani smaku, które później osiągnie. Jest jednak w swym pierwotnym stanie doskonałe. Jeśli otrzyma pokarm, będzie chronione przed mrozem, szkodnikami i chorobami, jeśli otrzyma wystarczającą ilość słońca, ciepła, wyrośnie w wielki, śliczny owoc. Na niedoskonałość dojrzałego owocu wskazuje apostoł Paweł (Flp 3: 12–15 ), kiedy mówi o koniecznej doskonałości dojrzałego owocu, o doskonałości, która będzie dokończona dopiero wraz ze zmartwychwstaniem. Apostoł Paweł nie był świadomy swej doskonałości, którą już osiągnął, lecz naprawdę w chrześcijańskim duchu nie zadowolił się tym (Flp 3: 12–14), że nie ma miejsca, na którym by można stanąć, dopóki się nie uzyska pełnej mocy i doskonałości. Aczkolwiek niedojrzały chrześcijanin może być w oczach Bożych doskonały, przestanie nim być z chwilą, gdy przestanie wzrastać, bo wkrótce zwiędnie i opadnie z drzewa. Doskonałość trzeba zachować czynną i ciągle się o nią troszczyć. Wzrost bowiem musi być podtrzymywany pokarmami (1P 2: 2).

Jedynym z pokarmów koniecznych do wzrostu jest Słowo Boże. Przez nie urośniemy, jeśli wniknie w nas silne pragnienie ku niemu (2P 3: 18). Prawdziwa bowiem tęsknota za Słowem Bożym jest cząstką naszego udoskonalania się w naszym życiu codziennym. Ma to wielkie znaczenie dla naszej końcowej doskonałości, kiedy przyjdzie Jezus (2Tm 3: 16–17). Wielu z wierzących ma dosyć czasu na czytanie humorystycznych gazet, romansów i czasopism oraz wszystkiego innego, tylko nie Słowa Bożego. Wcale nie śpieszą, aby się zagłębić w Biblii, i dlatego czym się karmią, w tym rosną. Nic dziwnego więc, że nie idą naprzód, nie uzdrawiają chorych i nie wypędzają demonów, skoro nie karmią swojej duszy stosownym pokarmem (2P 3: 15). To zrozumienie osiąga się przez prawdziwe studiowanie Słowa Bożego. Czytaj jak najwięcej Słowa Bożego i traktuj je jak objawienie Boże dla ciebie oraz wierz w to, co czytasz. Jest ono słowem Tego, który nie może kłamać. On ma na myśli dokładnie to, co mówi. Dla tych, którzy pozostają w Chrystusie, przewidziana jest i zapewniona nieograniczona pomoc, tak iż nie musimy grzeszyć, choćby nasze pokusy były nie wiadomo jakie, ponieważ czytamy: 1Kor 10: 13; Flp 1: 6; 2Tes 3: 3; Jud 1: 24. Alleluja! Można być przez Boga otoczonym opieką, strzeżonym i chronionym, i żyć na wyższym poziomie niż poziom grzechu. Szatańskie podstępy nie są dla nas nieznane. Także i szatan może cytować Słowo Boże, i jakże szybko zjawia się, aby pocieszać chrześcijan, którzy nie zdążają do doskonałości, cytując im drugą połowę wersetu z Mateusza 26: 41, która mówi: „Duch wprawdzie jest ochotny, ale ciało mdłe”. Miejsca tego nie powinniśmy jednak cytować bez pierwszej części tego wersetu, która mówi: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie weszli w pokuszenie”. W ten sposób możemy przezwyciężyć mdłość ciała (Gal 5: 16). Możesz być pewny, że szatan nie użyje cytatów takich jak Gal 5: 19–21 ani Rz 8: 6. Ukrywaj się za mdłością swojego ciała, jeśli chcesz, ale zwróć uwagę na to, jaki według Słowa Bożego będzie tego rezultat! Nie ulegaj podszeptom szatańskim, nawet gdy cytuje z Pisma Świętego (Jk 4: 7). Możesz być doskonałym, ponieważ Słowo Boże mówi, że możesz. Tylko szatan mówi coś przeciwnego, że to ci się nigdy nie uda. Bóg przygotował dla ciebie w swoim Słowie pokarm, Bożą ochronę, a w kościele mocną pomoc w twoim dążeniu do doskonałości, tak aby cel ten mógł zostać osiągnięty (Ef 4: 12).

Nie myśl, że osiągniesz doskonałość, którą Bóg życzy sobie widzieć w tobie, jeśli dla ciebie nie jest to ważne i nie respektujesz Jego wskazówek. „Nie opuszczając naszego wspólnego zgromadzenia, jak to niektórzy mają w zwyczaju” (Hbr 10: 25). Szukaj dobrego chrześcijańskiego domu, gdzie Słowa Bożego nie tylko się naucza, lecz gdzie mu się także wierzy i gdzie jest ono potwierdzane, gdzie moc Boża i obecność Boża jest pożądana i chętnie przyjmowana, gdzie Bóg potwierdza Słowo znakami, i gdzie lud Boży mówi to, „co jest zgodne ze zdrową nauką” (Tt 2: 1). Przyjmij zasadę, że będziesz obecny zawsze, gdy Bóg i Jego lud będą się spotykać. Tylko w ten sposób może On prowadzić nas do doskonałości poprzez usługę darami, które dał kościołowi. Każde zgromadzenie w kościele Bożym, napełnionym Duchem, ma zgodnie z Bożym planem przyczynić się w jakiś konkretny sposób do twojego postępu na drodze do doskonałości. Musimy także uczyć się na tej drodze cierpliwości (Jk 1: 4). Również język odgrywa tu ważną rolę (Jk 3: 2; Kol 3: 14). Chrystus jest wystarczająco zainteresowany tym, by wskazywać ci drogę. Jeśli jak najbardziej poważnie usiłujesz znajdować drogę do doskonałości, on położy swój palec na twoje grzeszne upodobania i pokaże ci, co jeszcze cię od Niego oddala. Pewien młody człowiek upadł kiedyś do stóp Pana Jezusa i pytał, co powinien czynić. Mimo, że pytał o drogę zbawienia, Jezus wskazał mu drogę doskonałości (Mt 19: 21). Położył palec na jego grzesznych upodobaniach. Podobnie jak wielu innych, także i ten młody człowiek poczuł, że to zbyt wiele. Ale tak naprawdę była to znikoma cena do zapłacenia za doskonałość w tym życiu i za doskonałość życia wiecznego na tamtym świecie. Jezus i dzisiaj jest taki sam. Jeśli staniesz przed Nim z tym pytaniem, nie pozostawi cię bez odpowiedzi. Doskonałość, i to coraz większa, powinna być zawsze celem chrześcijanina (Flp 3: 14–15). Przy czytaniu tej książeczki szatan prawdopodobnie często będzie podszeptywał ci to, co powiedział faraon Mojżeszowi: „Idźcie, złóżcie Bogu waszemu ofiarę w tym kraju” (Wj 8: 25). Inaczej mówiąc: Nie trzeba zapuszczać się aż tak daleko. Nie trzeba do tego podchodzić tak rygorystycznie i oddzielać się od rzeczy tego świata, aby osiągnąć Bożą moc. Jeśli natomiast obstajesz przy swoim żądaniu, szatan powie ci: „Ale nie odchodź zbyt daleko!” Na pewno będzie cię także przekonywał, że niebezpiecznie jest pójść za daleko i, że z Bogiem wcale nie możesz iść zbyt daleko. Jeśli jednak chodzisz z Jezusem w Duchu, to nie musisz się obawiać, że zajdziesz za daleko. Żaden wierzący nie zaszedł jeszcze za daleko, idąc drogą na, której może wkładać ręce na chorych i widzieć, że ci odzyskują zdrowie. Żaden kościół nie doszedł tak daleko, jak powinien zgodnie z myślą Pana, by na jego zgromadzeniach czynnych było wszystkich dziewięć darów Ducha Świętego. Nie pozwól, by faraon czyli szatan powstrzymał cię. Idź naprzód, przejdź całą drogę! Boża łaska wystarczy dla ciebie, abyś nie dał się przez nic powstrzymać, abyś mógł posiąść Bożą obietnicę w swoim własnym życiu, niezależnie od tego, czy jesteś duchownym, czy też laikiem. Dążmy do doskonałości! (Hbr 6: 1).

V. Chrystus naszym przykładem (Punkt 4 i 5)

Do tego bowiem jesteście powołani, bo i Chrystus cierpiał za nas, zostawiając nam przykład, abyście szli w jego ślady; Który grzechu nie popełnił, a w jego ustach nie znaleziono podstępu ; Który , gdy mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, lecz powierzył sprawę temu, który sądzi sprawiedliwie” (1P 2: 21–23). Każdemu dziecku Bożemu ze szczerym sercem ten tekst objaśni, i wówczas stanie się zupełnie zrozumiałym to, że Jezus tak poprzez swoje Słowo, jak i życie jest naszym wzorem. Możemy chodzić tak, jak On chodził, iść Jego śladami, mówić tak, jak On mówił i czynić tak, jak On czynił. Ale nie zależy to od naszych rąk, nóg i ust, lecz od naszych serc (Mt 7: 21–23). Bowiem o czym kto myśli w swoim sercu — takim jest. Zanim potrafimy chodzić tak, jak Chrystus chodził i mówić tak, jak On mówił, musimy najpierw zacząć myśleć tak, jak myślał Chrystus. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy cały nasz rozum jest oddawany w posłuszeństwo Chrystusowi (2Kor 10: 5). Wszystkie nasze myśli winny być tak zniewolone, aby kierowały się wyłącznie wolą Chrystusową. A to wcale nie przychodzi łatwo. Jest to akt całkowitego oddania się, wymagający pełnej świadomości, dążenia i posługiwania się tymi rzeczami, bowiem duch (ludzki) lubi się błąkać. Wymaga to również dobrej woli i przyjęcia Ducha Chrystusowego jako swojego własnego (Flp 2: 5), a wyrzeczenia się własnego dotychczasowego sposobu myślenia. Wtedy Bóg nadaje kierunek naszym myślom. Jest całkiem możliwe prowadzenie zwycięskiego życia myśli. Nie znaczy to, że szatan nie będzie mógł podejść więcej ze złymi podszeptami, bo tego Bóg nie obiecuje, że człowiek nie będzie kuszony. Wiemy przecież, że i Chrystus był kuszony. Ale jest zupełnie możliwe, aby dać takim myślom odpór, a nie dotykać się złego. Zdrowy duch jest duchem, którym można kierować, złe myśli mogą być odpędzone, a wtedy nasz duch jest napełniony dobrymi rzeczami. Bywamy także pouczeni, jakiego rodzaju myślom powinniśmy dawać miejsce (Flp 4: 8). Jezus Chrystus myślał jedynie właściwymi myślami. To właśnie jest przyczyną, że mógł On chodzić w prawdzie, mówić co właściwe i być właściwym przykładem dla swych naśladowców (1P 2: 21–23).

Chrystus nie żył w grzesznych przyzwyczajeniach, dlatego nie tolerował grzechu, nie usprawiedliwiał go ani nie pobłażał mu. Dawał zawsze odpór diabłu i wszelkim pokusom, a chociaż był doświadczany we wszystkim podobnie jak i my, to jednak oprócz grzechu (Hbr 4: 15). On jest naszym przykładem i gotów każdemu pomóc, żeby mógł on chodzić tak jak i Jezus chodził (1J 3: 6). Te rzeczy stoją jednak w zupełnej sprzeczności z wieloma religijnymi naukami, jakie głosi wiele kościołów naszej doby. Tego jestem pod każdym względem świadomy. Lecz jestem świadomy i tego, że w dzisiejszych czasach widzimy też wielu religijnych i pobożnych ludzi, a nawet takich, którzy wierzą w Boże uzdrowienie, lecz są oni zupełnie bez siły, kiedy stoją przed tymi, których trzeba wyswobodzić z choroby lub mocy szatana. Jeśli więc pragniesz otrzymać pełną Bożą moc, jest to rzeczą godną największej uwagi i modlitw, bez względu na to, jakie były twoje poprzednie religijne poglądy, nauki i zrozumienie. Myślę. że jest zupełnie jasne, dlaczego niektórzy posiadają moc, a inni nie. Nie jest tak dlatego, że Bóg ma wzgląd na osobę. Moc wypływa bezpośrednio z wiary, a wiara z posłuszeństwa (1J 3: 21–22). Gorliwość jest dostępna także ludziom, którzy nie są świętymi, ale czynna wiara nigdy. Gdyby była ona dostępna również dla ludzi, którzy nie prowadzą uświęconego życia, wtedy mogliby ją otrzymali też tacy, którzy Boga nigdy nie będą oglądali. Mogliby oni otrzymać także moc i możliwość wyproszenia sobie u Boga i otrzymania wszystkiego, czego pragną. Nieograniczona Boża obietnica dla tych, co uwierzą, brzmi: „I wszystko, o cokolwiek poprosicie w modlitwie, wierząc, otrzymacie” (Mt 21: 22). A jednocześnie Bóg mówi: „Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do świętości, bez którego nikt nie ujrzy Pana” (Hbr 12: 14). Wbrew temu, co głosi wielu nauczycieli religijnych, iż wszyscy stale grzeszymy, że jest niemożliwym żyć na innym poziomie niż na poziomie grzechu, że w pewnej ilości grzechów musimy w tym życiu mieć udział, a póki żyjemy na ziemi, musimy codziennie grzeszyć i codziennie wieczorem żałować za grzechy. Przeciwko temu mówi przecież jasno i prosto Słowo Boże: „Uświęcajcie się i bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty” (Kpł 11: 44, 1Kor 15: 34). A zatem według tego wersetu ci, co starają się tłumaczyć swoje grzechy, nie wiedzą nic o Bogu, a to jest przecież żałosne. Jest więc rzeczą oczywistą, że wielu ludzi, uważających się za chrześcijan, jest pogrążonych w duchowym śnie. Tacy nie są prowadzeni ani przez Ducha Bożego, ani przez Słowo Boże. Bo celem Ducha Świętego jest przekonywać świat o grzechu i o sprawiedliwości (J 16: 8), a Słowo Boże mieszkające w naszych sercach ostrzega nas, abyśmy nie grzeszyli (Ps 119: 11). Nie otrzymasz żadnej siły, jeżeli będziesz spał. Obudź się! Przestań usprawiedliwiać grzech. Chodź śladami tego, który grzechu nie popełnił (1P 2: 22). Jezus uzdrawiał swoim Słowem (Mt 8: 16). On przemawiał z mocą (Łk 4: 32). Naśladowcom Chrystusa jest dana obietnica, że oni również będą przemawiać z mocą. Musimy mówić tak, jak On mówił. Dlatego nie może być znalezione w naszych ustach kłamstwo ani świadome przesadzanie, fałsz czy nieszczerość. Jezus chodził w duchu, a jako Jego naśladowcy jesteśmy wzywani do tego, aby także postępować w Duchu (Gal 5: 16). W wierszach 19- 21 tego rozdziału wymienione są owoce ciała, które u tych, którzy chodzą w duchu, nie mają miejsca. Są ludzie, którzy niektóre z owoców ciała w swym życiu pielęgnują, a jeśli nie, to stawiają im nieznaczny tylko opór, i nie mogą stać się zwycięzcami. Są jednak przy tym przekonani, iż Bóg powinien ich modlitwy uwzględnić i dać im pełną moc. W Liście do Galacjan 5: 21 napisano: „Ci, którzy takie rzeczy czynią, królestwa Bożego nie odziedziczą.” Nie otrzymają także żadnej mocy, bo jakże mógłby ktoś, kto nigdy nie był skłonnydo Królestwa Niebios, oczekiwać, że będzie czynił sprawy, które czynił Jezus?

Jeśli czytasz tę książeczkę i śledzisz pod tym kątem Słowo Boże, to znajdziesz, że Bóg wymienia w nim następujące rzeczy: nieczystość, cudzołóstwo, nierząd, rozpusta, bałwochwalstwo, czary, nienawiść, niezgoda, zawiść, gniew, spory, kłótnie, herezje, zazdrość, zabójstwa, pijaństwo, hulanki i inne. Ci więc, którzy takie rzeczy czynią, nie chodzą śladami tego, który grzechu nie uczynił i w ustach, którego nie była znaleziona zdrada. Apostoł Paweł napomina nas, żebyśmy zrzucili z siebie cielesne uczynki starego człowieka, a przyodziali się w owego nowego człowieka, który się wciąż odnawia (Kol 3: 9–10).W dalszym ciągu wyliczone są następne uczynki człowieka cielesnego, nie chodzącego w Duchu. Aczkolwiek nie wszystkie są wymienione, mogą one pomóc ujawnić niektórym z nas nasz stan. Pycha, samodzielny duch, dzięki któremu czynimy się ważnymi, nieprzychylność wynikająca z przeceniania siebie, porywczość, ostrość, nielitościwość, chluba, chciwość sławy, lubowanie się w przejawach czci dla siebie, zwracania uwagi na siebie np. przy pouczaniu innych, swarliwość, puste klepanie językiem, upór, nieprzystępność, nieprzyjmowanie nauk i napomnień, swawola, plotkarstwo, brak uległości, nieustępliwość, popędzanie innych, wodzirejstwo, drażliwość, opryskliwość, obojętność, zamiłowanie do przechwałek, pochlebstwo, żądanie uległości i posłuszeństwa od innych, mówienie raczej o wadach niż zaletach drugiego, który jest zdolniejszy od nas, nieświęte zmysłowe życie, poczynania niezależne i niepoważne, słabości zwierzania się drugiej płci, podejrzliwość, nieuczciwość, mijanie się z prawdą, wzbudzanie lepszego wrażenia o sobie niż odpowiadającego rzeczywistości, skłonność do przekręcania prawdy, samolubstwo, miłość pieniędzy, skłonność do pewności siebie, zważanie na formalności, duchowa śmierć, brak zainteresowania duszami, oschłość, sztywność, obojętność. Brak pełnej Bożej mocy.

Skłoń swoje kolana przed Bogiem i daj mu możliwość mówić o wszystkich tych rzeczach, aby ci przedstawił i wyliczył je, a to będzie piąty punkt Bożych żądań względem ciebie. Zobaczysz wówczas, że i w twoim życiu znajduje się jeszcze więcej rzeczy, które ci Pan ukaże, a które stanowczo muszą być usunięte. Możemy stale kontrolować się w tych rzeczach, jeżeli zapytamy samych siebie: „Czy Pan Jezus postąpiłby tak, jak ja postąpiłem?” Jeżeli otrzymamy odpowiedź, że tak, wtedy idziemy w Jego ślady. Jeżeli On tak by nie uczynił, wtedy i my tą drogą iść nie możemy, a jeśli jednak nią pójdziemy, nie otrzymamy na niej żadnej mocy. Życie w uświęceniu nie jest niemożliwe, bo je nam sam Bóg pokazał (Flp 1: 6; Rdz 18: 14; 2Kor 12: 9).Pamiętaj, że dość masz, że masz Jego łaskę. Jeżeli chcesz naprawdę osiągnąć świętość, jest ona dostępna i dla ciebie. Bez niej nigdy nie dostąpisz udziału w pełnej Bożej mocy.

VI. Zaparcie się siebie (Punkt 6)

I powiedział do wszystkich: Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie” (Łk 9: 23). Droga, którą szedł Jezus, jest drogą zaparcia się samego siebie. Jeżeli ty, czytając tę książkę, postanowiłeś iść za Nim, zaprzyj się samego siebie. Powiedziano: „Nigdy tak nie mówił człowiek, jak ten człowiek mówi” (J 7: 46). W Piśmie Świętym czytamy: „Wcześnie rano, wstawszy jeszcze przed świtem, poszedł na samotne miejsce, aby się modlić.” Jak wielu jest takich, którzy pragnęliby czynić to wszystko, co czynił Jezus, a zaledwie znajdą lub w ogóle nie znajdują czasu na modlitwę. Mało jest takich, którzy potrafią bojować w samotności. Za to w zgromadzeniu lub w obecności drugich modlą się często i ładnymi słowy. Bo ciche, nocne godziny, spędzane w samotności, nie przysparzają ich własnemu „ja” żadnej sławy. To „ja” raczej by się jeszcze trochę obróciło na drugi bok, żeby w swej przytulnej pościeli zająć wygodniejszą pozycję i jeszcze trochę się zdrzemnęło. Taki argumentuje, że potrzeba mu odpoczynku, lecz podnosi rękę potakującym gestem, jeżeli go zapytasz, czy chciałby w nocy lub wczesnym rankiem się modlić. Dlaczegóż to? Pobożne „ja” cieszy się z tego, że będzie widziane, jak się ofiaruje, i może korzystać z dobrej opinii u sąsiadów. Lecz zatrzyma budzik, gdy ten zacznie dzwonić, i pogrąży się znowu w sen, dowodząc przy tym, że nie ma potrzeby nieustannie się modlić, jeżeli nie ma specjalnej potrzeby modlitwy. Ale Jezus mówi: „Kto zaprze się samego siebie”. To jest ofiara, praktyczna ofiara, którą Bogu przynosimy. Ta ofiara jest Bogu przyjemna.

Na jednym z moich pierwszych zebrań w Missouri, w którym przez cały tydzień zbierało się wielu ludzi, nie została pozyskana ani jedna dusza. Zgodziliśmy się z żoną, że musi się ten stan zmienić i postanowiliśmy całą noc prosić Pana o zbawienie dusz na tych zebraniach. Było już późno, służba była wyczerpująca i cieleśnie byliśmy już zupełnie wyczerpani. Wkrótce zmęczenie zaczęło nas przemagać. Zdawało się nam, że nasze czuwanie jest zupełnie niemożliwe. Co jakiś czas musieliśmy się nawzajem budzić. Dosłownie nic nie było w stanie uczynić nas czujnymi, dopiero, kiedy przyszło do nas poznanie i zrozumienie tego, że w tym małym zborze, za który Bóg uczynił nas odpowiedzialnymi, znajdują się zgubione dusze, które powinniśmy widzieć jako zbawione, to nas naprawdę przebudziło i poruszyło. Obiecaliśmy Bogu, że to przemodlimy. Kiedy pojawiły się od wschodu pierwsze promienie słoneczne, wierzyliśmy, iż prośby nasze zostały wysłuchane i powinno się to już w najbliższy wieczór zamanifestować. Czekaliśmy więc zniecierpliwieni na wieczorne zgromadzenie. I tego samego wieczoru mogliśmy oglądać zwycięstwo. Ludzie, jeden za drugim wychodzili do przodu i aż dziewiętnaście osób powierzyło swoje życie Chrystusowi i sławiło Boga w tej małej wiejskiej szkółce, w której był kaznodzieją młody człowiek, dopiero od tygodnia służący Słowem Bożym. Kiedy wróciliśmy pełni radości do domu, wiedzieliśmy, iż otrzymaliśmy od Boga cenne pouczenie. Tak, więc opłaca się odmówić naszemu „ja” tego odpoczynku, którego ono dla siebie żąda. Warto jest przebić się w modlitwach bez względu na to, czy nasze „ja” ma, czy też nie ma chęci do modlitwy i czy czuje do tego ochotę, czy też czuje się przymuszone. Nasze „ja” zwykle mówi: Módl się tylko wtedy, kiedy masz na to ochotę. Ale my powinniśmy zapierać się siebie i modlić się nieustannie. Jest czas, gdy modlitwa jest radością i gdy zmęczona dusza doznaje orzeźwienia. Ale bywa także czas, kiedy w modlitwie odczuwamy, iż stoimy na polu bitwy, twarzą w twarz wobec całej potęgi nieprzyjaciela, walcząc o rzeczy, które dzięki obietnicom Bożym prawnie do nas należą, a które szatan chce zataić i zatrzymać, jeżeli nie może gwałtem ich wyrwać. Jest także czas, kiedy musimy w modlitwie zmagać się, tak jak zmagał się Jakub, gdy zawołał: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz”. Zdarza się, że odpowiedź zostaje wstrzymana, a wtedy trzeba cierpliwie czekać, ale wytrwać jak czynił to Daniel. Są chwile, że taka walka może nas zupełnie wyczerpać. W takich momentach modlitwa wymaga samozaparcia, lecz to się bardzo opłaca. Tylko ten, kto wierzy w moc modlitwy, zrzeknie się spokoju i wypoczynku, którego domaga się jego ciało, aby się modlić, a Boża obietnica brzmi: „I wszystko, o cokolwiek poprosicie w modlitwie, wierząc, otrzymacie” (Mt 21: 22). Prawdziwa modlitwa, świadoma i wytrwała jest najpełniejszym przejawem mocy na świecie. Pierwszy Kościół trwał na modlitwie dziesięć dni, aż wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym. Mojżesz spędził z Bogiem czterdzieści dni na górze, a twarz jego lśniła się tak, że musiał kłaść zasłonę na twarz. Jerzy Muller modlił się i zapewnił sobie jeden milion dolarów, które mu umożliwiły opiekować się 2000 sierot. Jezus wstąpił na górę, aby się modlić, a wrócił, żeby wypędzać demony, które ustępują tylko przez post i modlitwę (Mk 9: 29). Jezus nie powiedział strapionemu ojcu — „ten demon może wyjść tylko przez post i modlitwę, poczekaj więc, a ja pójdę się pomodlić i będę pościć”. On już to uczynił wcześniej. Zaparcie się siebie, post i modlitwa były udziałem Jego codziennego życia, było to Jego życiowym zwyczajem. On modlił się zanim zaszła potrzeba, a dzięki temu, co wywalczył w modlitwie, był w stanie pomóc w każdym przypadku. Wielu uważa, że kroczy drogą samozaparcia, lecz dzieje się to u nich z samolubnych pobudek i celów, a nie po to, by ich głos był słyszany na wysokościach (Iz 58: 2–7). Post jest ważną bronią samozaparcia się. Głód jest jedną z najważniejszych i najsilniejszych potrzeb naszego „ja”. Za pokarm sprzedał Ezaw swe pierworództwo. Wykorzystując głód szatan próbował kusić Jezusa na pustyni po raz pierwszy. Paweł, ten wielki apostoł świadczy, że znajdował się często w postach, w głodzie, pragnieniu (2Kor 11: 27). Samo przyjmowanie pokarmu nie jest grzechem, lecz jeżeli przykładamy do niego zbyt wielką wagę, staje się naszym bogiem, a jeżeli staje się naszym bogiem, jest równocześnie grzechem. Paweł przestrzegał kościół w Filipii przed niektórymi, których bogiem jest brzuch (Flp 3: 18–19). Wielu takich, którzy pragną mocy Bożej w swym życiu ku czynieniu znaków i cudów, bywa powstrzymywanych przez konieczność ofiary, ponieważ są skłonni zrezygnować ze wszystkiego, co Bóg ma najlepszego, byle nie wyrzec się dobrego obiadu. Jakże mi ciężko było wytrzymać na kolanach, kiedy szczeliną w drzwiach dochodził przyjemny i kuszący zapach obiadu, który właśnie był przygotowywany! Lecz dopiero wówczas, kiedy się odwróciłem od doskonałej pieczeni i bez obiadu wróciłem do swojej komórki, usłyszałem głos Boży. Tym zachowaniem potwierdziłem Bogu, że jest On dla mnie ważniejszy niż pokarm i, że brzuch nie jest mi bogiem. Post sam w sobie nie ma mocy do czynienia cudów, jeśli nie przebiega prawidłowo. Izraelici za czasów proroka Izajasza wołali: „Dlaczego pościmy, a Ty tego nie widzisz?” (Iz 58: 3). Jeżeli post ma komuś pomóc i sprawić, by jego głos był słyszany na wysokościach, musi mu towarzyszyć szczere pragnienie szukania Boga i najgłębsza świadomość naszej odpowiedzialności jako braci, stojących na straży. Post powinien być pewnego rodzaju skrytym, wewnętrznym aktem, jeżeli ma odnieść skutek (Iz 58: 6–7). Jeżeli się zaś to dzieje we właściwym Bożym porządku, wówczas aktualną jest obietnica (Iz 58: 8–9). Jezus pościł i oczekiwał, że ci, którzy Go chcą naśladować, także będą pościć. Przypomniał jednak swoim naśladowcom, iż nie każdy post jest Bogu przyjemny (Mt 6: 16–18). Ci, którzy się tym szczycą, są nazwani przez Niego obłudnikami. Otrzymali już bowiem całą zapłatę — podziw swojego otoczenia, które sądzi według tego, co widzi. Post zalecany przez Jezusa ma stanowić jakby cichą umowę między człowiekiem, a Bogiem. Jeśli to możliwe, nawet własna rodzina nie powinna wiedzieć, że pościmy. Jeżeli będziemy pościli w ten sposób, Bóg, który widzi w ukryciu, odda nam jawnie poprzez wysłuchanie naszej modlitwy. O ileż cenniejsze jest, jeżeli ktoś może o nas powiedzieć: „Ten oto człowiek stoi w mocy Bożej, chorzy bywają uzdrowieni, chromi chodzą, niemi mówią, ślepi widzą, gdy on się modli.” Może by powiedzieli: Człowiek ten jest pobożny. Pościł już 21 dni, a wkrótce osiągnie 40 dni postu. Wielu już ludzi w ten sposób zostało zwiedzionych ku marnej stracie czasu i ofiary, ponieważ nie uzyskali żadnej pomocy dlatego, że się nadęli, a poszczenie wyhodowało w nich ducha samolubstwa i uwielbienia dla siebie. Zamiarem szatana jest udaremnić w miarę możliwości wszystko, co staramy się uczynić w kierunku zbliżenia do Boga. Musimy więc i tutaj być bardzo czujni, inaczej szatan pozbawi nas jednej z najskuteczniejszych broni „samozaparcia” poprzez post. Prawdziwy post jest równoznaczny ze stawianiem Boga ponad wszystkimi pragnieniami naszego „ja”.

Mimo, że mąż i żona powinni uważać swoje ciała za wzajemną własność i mają być sobie pod tym względem poddani, przy czym powinni wszelkimi możliwymi sposobami starać się sobie podobać, apostoł Paweł uważał za stosowne i mądre, aby chrześcijańskie małżeństwa znalazły czas, w którym pożądliwości cielesne zostaną okiełznane, aby Bóg mógł wtedy zająć najważniejsze miejsce w nich i opanować ich wszystkie myśli. Wtedy może jedno z nich lub oboje razem oddawać się postowi i modlitwom. Nie został przy tym obniżony sakrament małżeństwa przez Boga ani prawo legalnego obcowania męża z żoną, ale to, co się nam według prawa należy, tak samo jak i pokarm, może w czasie szukania Boga zostać z wielką korzyścią odłożone na bok. Im więcej się przybliżymy do Boga, tym większą będziemy mieć moc w naszym życiu. Przybliżenie to może się uskutecznić tylko na jeden sposób (Jk 4: 8). Zaparcie się siebie wyprowadzi cię nieraz z towarzystwa, które uważasz za najprzyjemniejsze. Bezsprzecznie może być towarzystwo, w którym przebywasz, dobre. Jeżeli jednak pragniesz Bożej mocy, musisz obcować z samym Bogiem. Społeczność z dziećmi Bożymi jest wspaniała i godna polecenia, szczególnie dla tych, którzy są jeszcze młodymi w Panu. Ale jest inna społeczność, o wiele ważniejsza: nasza społeczność z Ojcem i Synem (1J 1: 3). Ci wszyscy, którzy chodzą w Bożej mocy, aby chorym i cierpiącym przynosić ratunek i zdobywać dusze dla Chrystusa, spędzają więcej czasu z samym Bogiem niż z ludźmi. Te rzeczy nie mogą się stać w jednej chwili, moc jest wynikiem oczekiwania na Pana. Nasze „ja” mówi: „To jest pilne!” Ale w tym momencie znowu należy się zaprzeć samego siebie. Dzień Pięćdziesiątnicy nastąpił po dziesięciu dniach wytrwałego czekania w modlitwie. Ponieważ Mojżesz nie umiał czekać na Pana, dlatego, aby poznać Jego metody i wolę, musiał czterdzieści lat czekać na wygnaniu, nim został przygotowany do wykonania dzieła oswobodzenia, które mu Bóg powierzył. Poddaj się Panu i oczekuj Go (Ps 37: 7). Oczekiwanie jest utraconą sztuką, sztuką przeszłości. Obecnie wszystko dzieje się w pośpiechu. W wielu wypadkach wystarczy nacisnąć na przycisk, ażeby wykonało się to, co chcemy. Lecz nie ma na świecie takiego przycisku ani czarodziejskiej formuły, za pomocą których można byłoby otrzymać Bożą moc. Człowiek, który oczekiwał na Pana, rozkaże demonowi wyjść, a ten, kto był zniewolony, staje się wolny. Ale gdy ten, co nie miał czasu czekać na Pana, wymówi te same słowa — nic się nie dzieje. Nie jest czasem straconym czas poświęcony czekaniu na Boga, chociaż może ci się niekiedy wydawać, że nic w ciągu jego trwania nie uczyniłeś. Czekanie na Boga zawiera w sobie trzy rzeczy: post, modlitwę i proste czekanie. Poprzez modlitwę rozmawiamy z Bogiem, a kiedy się już pomodliliśmy, kiedy nam się wydaje, że nie mamy nic więcej do powiedzenia, musimy czekać na odpowiedź. Zostaw także miejsce Bogu, aby mógł mówić do ciebie. Tutaj zwykle nasze „ja” jest bardzo niespokojne, niecierpliwe i zajęte przemawianiem lub rozmyślaniem o zapłacie. Często też myśli o rzeczach tego świata, rzeczach cielesnych, ale „kto chce Mnie naśladować, niech się zaprze samego siebie”. Czy ty chcesz Go naśladować? Czy chcesz czynić to, co czynił Jezus? (Łk 9: 23). Oczekuj Jego obecności i pozwól, aby On mówił do twojej duszy o sprawach twego „ja”, których jeszcze się nie zaparłeś. Niech Jego samozaparcie będzie dla ciebie wzorem. Wtedy staniesz na drodze do uczestniczenia w pełnej Bożej mocy.

VII. Krzyż (Punkt 7) (Łk 9: 23)

Samozaparciem można niewiele osiągnąć, jeżeli jednocześnie nie bierzemy na siebie swojego krzyża. Pod słowem „krzyż” rozumie się owo brzemię lub inne utrapienie, boleści, czy ofiary, które moglibyśmy wprawdzie odłożyć, a które jednak bez szemrania bierzemy, cierpimy i znosimy. Chodzi tu o te rzeczy, które w zwykłym trybie postępowania odłożylibyśmy. Ale będąc świadomym tego, że nie ma innej drogi by zgubionym, chorym i cierpiącym przynieść uwolnienie, niesiemy ochotnie swój krzyż (Hbr 12: 2). Jezus nie musiał cierpieć. Gdy został pojmany , oświadczył, że mógłby w tej godzinie prosić Ojca, a Ten posłałby Mu więcej niż dwanaście legionów aniołów dla uchronienia go od tak strasznego losu (Mt 26: 53–54). Ale Jezus poszedł na krzyż, ponieważ postanowił w sercu wypełnić Pismo i wykupić pokolenia grzesznych, zgubionych rzesz z podwójnej klątwy grzechu i chorób. Niosąc blizny na swym ciele był jako baranek bez zmazy, ofiarowany na krzyżu. Podobnie uczynił Mojżesz, kiedy wzgardził egipskim tronem, odmówił nazywania się synem córki faraona; wybierając raczej cierpieć uciski z ludem Bożym, niż mieć doczesną rozkosz z grzechu. Uważał zniewagi znoszone dla Chrystusa za większe bogactwo niż skarby Egiptu (Hbr 11: 24–25). Paweł wykazał takie samo poświęcenie, kiedy opuścił miejsce w Sanhedrynie, aby się przyłączyć do pogardzanej i prześladowanej sekty chrześcijan. Tym samym nie został nieposłusznym niebieskiemu widzeniu i mógł nieść poganom zbawienną wieść. Naśladował Jezusa niosąc krzyż i wydał o tym świadectwo.

Charles G. Finney zrzekł się obiecanego stanowiska, aby służyć na niewypróbowanym jeszcze terenie pracy, do której nie został specjalnie przygotowany i przez to wziął swój krzyż na siebie. Ale nie wystarczy wziąć swój krzyż tylko raz. Trzeba go brać nieustannie, ochotnie i zostać wiernym, nie gorsząc się tym. Łatwo jest uczynić ślub w chwili radosnego upojenia, złożyć uroczystą obietnicę, „wziąć krzyż i naśladować Go”, lecz wielu już na drugi czy trzeci dzień o tym zapomina i wcale nie ma ochoty brać go na siebie. Jezus nikomu nie pozwolił się od swego krzyża odwrócić. Nigdy się z nim nie rozłączał. Mimo, że często odchodził na ustronne miejsce, żeby odpocząć, to i wtedy spoczywało na Nim Jego ciężkie brzemię. Gdy głodny i zmęczony usiadł przy studni w Samarii, aby odpocząć, a uczniowie Jego poszli do miasta po żywność, miał czas i siłę przyprowadzić jedną duszę do swego Ojca. Położył tym samym fundament wielkiego przebudzenia, które potem miało miejsce w Samarii. Wynikiem tego większość Samarii została wciągnięta do obozu Bożego (Dz 8). Podczas jednego z najcięższych doświadczeń, które Go spotkały na ziemi jako człowieka, gdy dowiedział się o nagłej i okrutnej śmierci swojego bratanka i umiłowanego przyjaciela, Jana Chrzciciela, odczuł potrzebę oddalenia się w samotne miejsce (Mt 14: 13–14). Lecz lud, który chodził za Nim krok w krok, również i w tym momencie poszedł za Nim, a On, gdy to zobaczył, ulitował się nad nim. Odłożył swój ciężar na bok, wziął na siebie swój krzyż i zaczął im służyć, uzdrawiając ich i pocieszając w smutkach. Jego spotkanie z krzyżem pod koniec życia nie było przypadkowe. On narodził się już w cieniu krzyża, żył z nim i na nim umarł. Nigdy się od tego krzyża nie uchylał i nie zapominał codziennie brać go na siebie. Toteż nie było w Jego życiu dnia, w którym by powiedział: „Dzisiejszy dzień należy do Mnie, a jutro znowu będę sprawował dzieła mojego Ojca.” Nie stało się też nigdy w Jego życiu, by rzekł: To Mi się należy, chcę się trochę tym nacieszyć, a ludzie mogą poczekać — później jednak przyjdę do nich i będę im służył w ich problemach. Nocy, której miał być zdradzony, a ów fałszywy uczeń siedział wśród tych, którym On służył, wstał, aby umyć nogi swym uczniom i przez to pokazał im to, o czym poprzednio mówił (Mk 10: 45). Oczom świata mogło wydawać się, iż Jezus niósł krzyż jedynie w owym ciemnym dniu Golgoty (J 19: 77), lecz On niósł go także wtedy, gdy biedny, wzgardzony, samotny i niezrozumiany z radością chodził między ludźmi, pomagając im przez uzdrawianie i wypędzanie demonów z ich życia.

Świat nie chce tego krzyża znać ani go rozumieć. Każdy ma od Boga przeznaczony mu krzyż, który może nieść lub nie, jak sam uważa za stosowne. Nie chodzi tu o chorobę ciała w stosunku, do której bylibyśmy bezsilni, nie chodzi też o niepomyślne życiowe doświadczenia, które są naszym udziałem, czy Bogu służymy, czy nie. Tutaj chodzi o to, co my z własnej woli, dobrowolnie ofiarując, bierzemy na siebie. Bierzemy krzyż, by okazać posłuszeństwo Bogu, a przy tym stać się błogosławieństwem dla innych. Czy położyłeś się w coś dobrowolnie jako ofiara, czy też bolejesz jedynie nad swoimi życiowymi okolicznościami? Czy wziąłeś na siebie brzemię boleści i nędzy innych, aby ściągnąć na nich błogosławieństwo Boże, przynieść im zbawienie i uwolnienie? Ty mówisz, że chcesz posiąść pełną Bożą moc. Czy chcesz zapłacić za nią pełną cenę? Czy naprawdę jesteś gotowy codziennie brać na siebie swój krzyż i naśladować Jezusa przez całą drogę? Naśladować Jezusa, znaczy naśladować Go tam, gdzie został napełniony Duchem Świętym, potem przez pustynię do godzin postu i modlitw, do godzin nieustannej służby dla innych, w której mają cię spotkać: niezrozumienie, prześladowanie i spędzone na czuwaniu całe noce. To znaczy naśladować Go z brzemieniem ginącego świata na barkach w Getsemane, gdzie spodziewasz się, że ktoś w pobliżu pomaga ci je nieść, a znajdujesz go śpiącego. Następnie pójdziesz za Nim do urzędu, gdzie spotka cię fałszywe oskarżenie i niesprawiedliwy wyrok. Później staniesz pod pręgierzem obelg i biczowania, octu i żółci, a jakiejkolwiek ulgi nie możesz się spodziewać. Może teraz powiesz: Czy to jest tak, jakbym miał stracić całe życie? W rzeczy samej tak jest. Ale Jezus rzekł: „Kto by chciał duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją” (Mk 8: 35). To jest przeobfite i nade wszystko szczęśliwe życie, życie mocy, życie faktycznego uwolnienia, życie w świadomości, że nie żyje się na próżno. Każdej ofiary warte jest doświadczenie stania się prawdziwym naśladowcą kroków Syna Bożego.

VIII. Stawać się mniejszym (Punkt 8)

On musi wzrastać, a ja stawać się mniejszym” (J 3: 30). Pod tym tytułem Bóg zaczął zajmować się moją pychą. Nigdy nie wydawało mi się, że jestem pyszny. Gdyby mi ktokolwiek to zarzucił przez zwiastowanie lub w inny sposób, czy też przez bezpośrednie napominanie Ducha, podobnie jak to czyni wielu, usprawiedliwiałbym to, argumentując, że jest to szacunek dla samego siebie, równowaga, styl życia, czy nawet wielkoduszność lub szlachetność. Bóg jednak nazwał to u mnie grzechem (Prz 21: 4). Dumne oczy, pyszne serce i lampa bezbożnych są grzechem. Zaś w przenikliwym świetle Jego obecności nie miałyby najmniejszego sensu próby jakichkolwiek wyjaśnień. Tak jak kiedyś Janowi Chrzcicielowi, stało się dla mnie zupełnie jasnym, że całkowicie jestem zależny od łaski Bożej i niewłaściwe są wszelkie usiłowania i trudy. Zyskałem wtedy świadomość tego, że moje, nawet największe usiłowania byłyby bez najmniejszej wartości, gdyby Bóg nie wziął mojego całego życia. Aby jednak mogło się tak stać, musi ubywać cech mojej osobowości, moich darów i znajomości, zdolności i własnych umiejętności, a przede wszystkim poczucia własnej ważności. Od tej chwili zrozumiałem, że moc i sukces duchowy każdego bez wyjątku człowieka zależy tylko od tego, jak wielkim stał się w Jego życiu Bóg. Nowotestamentowi uczniowie polegali ściśle na Panu. Nie przywłaszczali sobie mocy ani świętości, chociaż na ich słowo człowiek przez czterdzieści lat chory, który musiał być przez swych przyjaciół przyniesiony na miejsce, gdzie żebraniem zarabiał na życie, został w jednej chwili uzdrowiony i nie tylko chodził, ale skakał i biegał (Dz 3: 2–3; 12–16). Byli to ci sami mężowie, którzy kiedyś z radości mówili do Jezusa: Panie, także demony nam się poddają w Twoim imieniu. Teraz zaś, kiedy we własnych oczach zaczęło ich ubywać i stali się przez to zdolni do owocniejszej służby, słyszycie, jak mówią coś innego (Dz 3: 12-16). Tylko wtedy, kiedy rośnie Bóg w życiu swych naśladowców, może im przybywać mocy. To jednak nie może nastąpić wcześniej, nim zacznie ubywać naszego „ja”.

Gdyby tak słudzy Boży i kaznodzieje – laicy uświadomili to sobie! „Nie dzięki mocy ani dzięki sile, lecz dzięki mojemu Duchowi to się stanie – mówi Pan Zastępów.” (Zach 4: 6). Moc i siła, o których się tutaj mówi, pochodzą od człowieka i nie wypływają z Bożej nadnaturalnej mocy. Są dwa źródła siły. Wiele wielkich kościołów chlubi się swoją mocą i wpływem, wspaniałością swych zborów, wielkim kontem bankowym, siłą i sprawnością organizacji oraz społecznością z możnymi i wpływowymi ludźmi, którzy są jednak możnymi tylko w tym świecie, lecz nigdy nie byli nowonarodzonymi. Tacy, przystępując do Kościoła, czynią to, co czyniliby w każdym świeckim stowarzyszeniu. Ich wspaniałe dary, ładne formy, przyczyniają się do tego, że stają się oni popularni, że bywa im przypisywana moc, moc przez świat wyniesionych grzeszników. Przed takimi ostrzega nas apostoł Paweł, natchniony przez Ducha Świętego, gdy mówi, abyśmy takich unikali (2Tm 3: 5). Tym ludziom z pewnością bardzo by się nie podobało, gdyby Bóg chciał ich służbę sobie podporządkować w taki sposób, jak czynił to kiedyś przez proroków, napominając do życia w uświęceniu i mocy. Tacy jednak nie czynią starań dla otrzymania nadnaturalnej mocy i nie dają jej miejsca w swej służbie dla Boga. Jest to nawet całkiem zrozumiałe, że człowiek nabiera pewności siebie i poczucia własnej mocy, kiedy ukończy budowę ślicznego kościoła, jeżeli doprowadził swoją organizację do stanu czynnej pracy, jeżeli się wywiązuje ze wszystkich finansowych obowiązków, jeżeli dosięga z ewangelią do szerokiej rzeszy ludzi. W takim wypadku naprawdę moglibyśmy Bogu dziękować, gdybyśmy wszystkie wyżej wymienione rzeczy otrzymali od Niego, lecz wszystkie one stają się martwą skorupą, jeżeli nie są inspirowane przez moc Ducha Świętego. Bez obecności Ducha Świętego, bez Jego mocy i przejawów Jego siły nie jest to niczym więcej, aniżeli budowaniem babilońskiej wieży, która pnie się ku niebu, ale jest przeznaczona na to, by upaść i wyrządza zło, powoduje chaos, chociażby według zewnętrznych oznak cieszyła się sukcesami. Ogromnym błogosławieństwem jest posiadać dary, które są poświęcone i używane ku Jego chwale! Jak dobrze jest posiadać wiadomości i umiejętności. Ważną rzeczą jest również posiadanie potrzebnych pomieszczeń. Ale jedno, czego nam przede wszystkim przy tym potrzeba — to mocy Bożej. Jak wiele wielkich i wspaniałych kościołów w naszych miastach nie może napełnić swych przybytków ludźmi, kiedy równocześnie mężczyźni i kobiety tłoczą się w ogromnych namiotach ewangelizacyjnych, znajdujących się na skraju miasta, a inni zmuszeni są podczas deszczu stać na zewnątrz, usiłując się dostać do środka po to, aby móc zobaczyć, co Bóg przez swoje sługi czyni z chromymi, ślepymi, opętanymi i innymi chorymi. Dzieją się te rzeczy przez takich Bożych sług, którzy dali najwyższe miejsce w swym życiu mocy Bożej i chętnie zgodzili się na to, żeby ich ubywało, a mógł w nich wzrastać Bóg. Siła, o której mówi Zachariasz, odnosi się do człowieka, do jego cielesnych usiłowań i naturalnych zdolności, darów, form, ceremonii, rytuałów, rozlicznych zwyczajów i programów. Zawsze, ilekroć znikają rzeczy nadnaturalne, człowiek stawia na ich miejsce rzeczy naturalne, a więc zamiast mocy — pieśni, zamiast skuteczności — muzykę, oraz inne ozdoby i upiększenia. Ponieważ ubywa Bożej mocy, człowiek nadrabia swoimi namiastkami, sztuką i nauką. Niech będą Bogu dzięki za dobrą muzykę, ale nie jest ona mocą. Moc umiejętności i siła człowieka nigdy nie spełnią wielkiego Bożego nakazu, aby przynosić ludziom odkupienie. Do pewnego stopnia one także mogą być przez Boga użyte, jeśli spoczywa na nich pomazanie Ducha, nigdy jednak nie mogą być użyte w zastępstwie Ducha Świętego. Gdyby najładniej nawet opracowane kazanie, wygłoszone w przekonujący sposób przez osobę o bardzo sympatycznych cechach osobowości, mogło tę pracę wykonać, zostałoby to już dawno wykonane. O, gdyby tylko ludzie, stojący w służbie Bożej, chcieli pozwolić, aby ich ubywało i zechcieli ustąpić ze swego „wyższego” stanowiska oraz uświadomili sobie, że niczym są bez Boga! Żeby tak kaznodzieje mogli uświadomić sobie, że niczym jest ich kazanie, a jedynie tylko pomazanie Ducha, które na nim spoczywa i moc Boża, będąca w człowieku, jeśli ten jest nią napełniony, wówczas może wykonać Jego dzieło. Słuchającym chodzi przecież o coś więcej niż wysłuchanie kazania, nawet ładnego. Oni chcą coś dzięki niemu przeżyć. Jedynie Duch Boży sprawia to, że kazanie jest dla słuchających przeżyciem. Apostoł Paweł nie był niczego nieznającym i niewykształconym człowiekiem jak inni uczniowie. Posiadał najlepsze wychowanie i wykształcenie, jakie w ówczesnym czasie można było osiągnąć. Jego mowa do Ateńczyków, którą wygłosił w Areopagu, zawsze będzie uznawana za jeden z najlepszych wzorów przekonującego kazania i literackiego porządku (Dz 17: 22–31). Jego pochodzenie, wychowanie i opinie między przyjaciółmi były tego rodzaju, że mógł oświadczyć: „Chociaż i ja mógłbym pokładać ufność w ciele. Jeśli ktoś inny uważa, że może pokładać ufność w ciele, bardziej ja” (Flp 3: 4). Lecz poznawszy Pana on to wszystko odsunął na bok. On chciał, żeby go ubywało (Flp 3: 7). Chociaż był zdolny mówić przekonywująco, napisał: „…mowa moja i moje głoszenie nie opierały się na powabnych słowach ludzkiej mądrości, lecz w okazaniu Ducha i mocy” (1Kor 2: 4). A w następnych wierszach wyjaśnia, dlaczego swoje naturalne dary usunął na bok i zdał się jedynie na moc Bożą, „aby wiara wasza nie była założona na mądrości ludzkiej, ale na ukazywaniu Ducha i mocy”. Gdyby dzisiaj dano mocy Bożej jej prawnie należne miejsce, wiara wielu ugruntowana byłaby na niej. Nie polegałoby takie mnóstwo ludzi na swoich kościołach w sprawach zbawienia, lecz na samym Bogu i nie opieraliby się na osobowości, życiu i postępowaniu swego kaznodziei, będąc przy tym bez pożytku tak dla Boga, jak i dla ludzi, a mogliby pracować jedynie pod Bożym kierownictwem. Przy tym zwiastowanie również nie jest celem samym w sobie, a jedynie środkiem, prowadzącym do celu. Apostoł Paweł uznawał ważność Ducha w swoim zwiastowaniu (2Kor 3: 5–6). Dzisiejszy świat potrzebuje życia, a tego nie można osiągnąć bez Ducha. Bóg chce uczynić nas użytecznymi sługami Nowego Testamentu, którzy byliby zdolni przynosić życie i zbawienie. Może się to stać jedynie wtedy, jeżeli nas zacznie ubywać tak daleko, że cofniemy się do tyłu ze swymi wrodzonymi zdolnościami i ze wszystkim, co przyciąga uwagę i daje sławę człowiekowi. Apostoł Paweł dzięki starannemu wychowaniu i bogatemu doświadczeniu był człowiekiem wielkiego poznania, był jednak gotowy wszystko to odrzucić (1Kor 2: 2). Wiedza wbija w pychę (1Kor 8: 1). Niektórzy ludzie przedstawiają dla Boga tylko znikomą użyteczność, ponieważ zbyt wiele wiedzą. Paweł mówi o niektórych ze zboru w Koryncie, że wbili się w pychę (1Kor 4: 18–19). Chodziło apostołowi o to, że są oni wyższego o sobie mniemania niż to jest w rzeczywistości i, że trzeba im się uniżać.

Wydawali się być dobrymi mówcami, ale Paweł mówi o nich, że znamieniem ich nie powinna być mowa, lecz moc, ponieważ królestwo Boże nie leży w słowach, lecz w mocy.

Jakże łatwo jest dostrzec i zrozumieć, że jest to prawdą, a jakże niemądrzy jesteśmy, usiłując przy pomocy pychy stać się tym, czym w rzeczywistości nie jesteśmy!

Pycha przybiera kilka postaci:

*Jesteśmy pyszni ze względu na swój wygląd i wydaje nam się, że wyglądamy lepiej niż inni.

*Bywamy pyszni ze względu na swoje stanowisko (mówimy często: nie żądaj tego od człowieka na moim stanowisku).

*Bywamy pyszni ze względu na swoje pochodzenie (ród), czy narodowość.

* A w końcu najgorsza ze wszystkich form pychy to pycha dotycząca łaski lub inaczej pycha duchowa.

Jesteśmy pyszni ze względu na duchowe wykształcenie i poznanie, długość swojego postu, jesteśmy pyszni dzięki posiadanym widzeniom, snom i objawieniom. Jesteśmy pyszni dzięki duchowym darom, o których uważamy, że je posiadamy, i mamy wrażenie, że jesteśmy szczególnie umiłowani przez Boga. Ba, nawet jesteśmy pyszni z pokory. Jesteśmy pyszni ze swego sposobu chodzenia, wydaje się nam także, ze każdy musi wiedzieć, że my jesteśmy najbardziej utalentowani i uzdolnieni. Jakąkolwiek formę przybrałaby nasza pycha, zawsze nadmuchujemy się jak dziecięcy balonik.

Pierwszą więc rzeczą, która musi zostać wykonana, jeżeli pragniemy Bożej mocy, jest to, iż musi nas ubywać, musimy się uniżać, korzyć (Łk 14: 11 i Jk 4: 6). Jak możesz oczekiwać, żeby Bóg zaczął działać przez ciebie, potwierdzając Słowo znakami, jeżeli On mówi do ciebie, że ci się sprzeciwia? Rzeczywiście, musi mnie ubywać. Może zostać tylko czyste złoto, zaś wszelki żużel musi iść precz, zanim Bóg zacznie coś działać ze złotem. A jakże mało z nas pozostaje, jeżeli zostanie usunięty żużel!

IX. On musi wzrastać (Punkt 9) (J 3: 30)

Z dużej odległości każdy wierzchołek i wzniesienie wyglądają niewielkie, jednak w miarę, jak się do nich zbliżamy, wyrastają na coraz większe przed naszymi oczami. W rzeczywistości zaś są ciągle jednakowo wielkie. Dokładnie to samo się zaczyna dziać, gdy Bóg zaczyna wzrastać w naszym życiu. Jest On tym samym Bogiem wczoraj, dziś i na wieki. Jest tym samym Bogiem dla wszystkich ludzi. Ale jednym wydaje się On jak gdyby niepłodny, jak ktoś, od kogo nie można się prawie niczego spodziewać, kto nie może uczynić nic naprawdę znaczącego. Powodem tego jest fakt, iż ludzie ci są zanadto od niego oddaleni. Dlatego jesteśmy pouczani: „Zbliżcie się do Boga, a on zbliży się do was.” (Jk 4: 8). Dla niektórych ludzi Bóg jest taki daleki, ponieważ pozwolili oni wielu rzeczom wkroczyć pomiędzy siebie, a Boga. Niektórzy przybliżają się do Niego tylko ustami, ale ich serce pozostaje dalekie (Mt 15: 8). O tych Bóg mówi: „Daremnie służą Mi i wzywają Mojego imienia.” Jedyną możliwą drogą zbliżenia się do Boga, jest całym sercem wyznawać te rzeczy, które stanęły między nami a Bogiem, oraz poczynić starania wyrzeczenia się ich i wyzbycia. ,,Pan spogląda na uniżonego, a dumnego z daleka poznaje.” (Ps 138: 6). Bóg przecież nie może działać w tobie, jeżeli jesteś od Niego oddalony. Musisz przyjść do Niego z pokorą. Niektórzy tłumaczą swój niedostatek mocy tym, że czasy cudów minęły. Kościół jest obecnie w budowie i nie potrzebuje rzekomo cudów. Takie myśli nie znajdują jednak potwierdzenia w Piśmie Świętym (Hbr 13: 8; Iz 59: 1–2). Bóg nie kara cię za to, że nie masz mocy, lecz pokazuje ci to, co należy. Jesteś od Boga za bardzo oddalony dlatego, że za wiele nieprawości wkroczyło między ciebie a Boga. Być może między nas i Boga wkroczyli nawet nasi przyjaciele, ludzie, których miłujemy (Mt 10: 37). Pan Jezus powiedział, że również troska o byt może wkroczyć jako chwast i zielsko, które zagłusza zboże i czyni je niepłodnym. Niektórzy znowu rzeczom tego świata poświęcają cały swój wysiłek i myśli, jakby mogli żyć tutaj wiecznie. W takich ludziach Bóg działać nie może. jeśli chcemy być sercu Bożemu bliscy i odczuwać tętno miłości dla zagubionych i cierpiących, musimy być świadomi tego, że nasze życie jest krótkie, a wieczność nieunikniona. Inni zostają daleko od Boga dlatego, że Go właściwie nie poważają i nie czczą. W ich życiu brakuje wysławiania i dawania chwały Bogu. Kiedy naprawdę czcimy Boga i wywyższamy jako Tego, który jest i który wszystko uczynił, wzbudza to w nas pragnienie dziękczynienia i uwielbiania Go. Wysławianie daje nam odczuć obecność (bliskość) Boga (Ps 100: 4). Niektórzy z was być może nie wiedzą, że Bóg życzy sobie być tak blisko nas, iż posyła Ducha Świętego, aby urządził swoją świątynię nie tylko blisko dziecka Bożego, lecz w nim samym. Jeżeli otworzysz serce i pozwolisz Duchowi Bożemu napełnić cię i ochrzcić, zobaczysz, że Bóg stanie ci się całkiem bliskim, o wiele bliższym, niż kiedykolwiek wcześniej, i że jest o wiele większym Bogiem, niż mogłeś przedtem przypuszczać. Jeśli pozwolisz Mu dalej w sobie przebywać, codziennie tobą kierować i uczyć cię, jak również wprowadzać do coraz głębszego zjednoczenia z Ojcem i do prowadzenia czystego życia, wielkość Bożą będziesz w sobie dostrzegać coraz wyraźniej. On będzie wzrastać w twoim życiu (J 3: 30). Im więcej będziesz się uczyć Go poznawać, z Nim chodzić i karmić się Jego słowem, tym bardziej będzie się stawał w twoich oczach wielkim. Wszystko, co wiemy o Bogu, wiemy przez wiarę (Rz 10: 17). Żyj Słowem Bożym!

Zadziwiające jest to, że niektórzy myślą, iż otrzymują moc Bożą, chociaż ze Słowem Bożym prawie w ogóle się nie liczą. Takich, którzy nie czczą Słowa Bożego, On nie uczci swoją obecnością. Słowo Boże oczyszcza nasze życie z grzechu, który w nie wkroczył (Ps 119: 9; J 15: 3). Kiedy Bóg mówił do mnie o tych sprawach, rozjaśnił mi całkowicie, że nadal pozostałby daleko ode mnie, gdybym pozwolił tym rzeczom pozostać w moim życiu, tolerując grzech i nie rozprawiając się z nim. Wtedy i On byłby ode mnie tak oddalony, że stałby się dla mnie Bogiem małym i bez znaczenia, któremu inni starają się tak licznie służyć. Jedyną drogą, żebym mógł wzrastać w Bogu i, aby On mógł przejawiać przeze mnie swą moc, jest oddalanie się od tego wszystkiego, co mogłoby wkroczyć pomiędzy mną, a Bogiem. Toteż jedyną drogą, by Bóg mógł zostać w moim własnym doświadczeniu owym wielkim „Jam jest”, jest wytrwałe chodzenie w świetle Jego Słowa i w mocy Ducha Świętego. Ja sam na tej drodze muszę codziennie stawać się mniejszym, zagłębiać w Nim coraz więcej swoje życie, żeby On mógł wzrastać. Musi rosnąć w swojej chwale, majestacie i mocy, aby mnie ubywało, bym nie żył już ja, ale Chrystus we mnie, by mógł w pełni kierować moim życiem. (Gal 2: 19–21). Napełnij mnie swym Duchem, żeby świat nie widział więcej mnie ani nic innego, jak tylko Jezusa, jaśniejącego w moim życiu.

X. Puste słowa i jałowa paplanina (Punkt 10)

A powiadam wam, że z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu” (Mt 12: 36). Nic tak nie objawia duchowej nędzy człowieka jak puste i nieużyteczne słowa. Nic też tak nie odsłania i nie wykazuje dobitnie powierzchowności tych, których nie dotyka los zgubionych i cierpiących, jak nieprzerwany prąd jałowego pustosłowia i bezsensownego dowcipkowania. Chociaż w oczach wielu uchodzi to za rzecz niewinną, nieszkodliwą i całkiem bez znaczenia, w rzeczywistości mało jest duchowych chorób, które byłyby tak zaraźliwe i zgubne jak powyższa. Bóg stawia niedorzeczne gadanie i nieprzyzwoite żarty w rzędzie wielu innych niebezpiecznych grzechów (Ef 5: 3–4). Jezus sam oświadczył: złe myśli, bluźnierstwo, kradzież, morderstwo, cudzołóstwo, gorycz, zapalczywość, nienawiść, wrzask, złość, pycha i lekkomyślność pochodzą z wewnątrz i kalają człowieka. Lekkomyślność kala tak samo jak pożądliwość i wszeteczeństwo. Wielu jest ludzi, którzy za żadną cenę nie dopuściliby się kradzieży lub morderstwa, ale całkiem swobodnie wstępują na kazalnicę i nie wstydzą się tego, że słowa i ich życie świadczą przeciwko nim, że są wewnętrznie zanieczyszczonymi. Nie znalazłem dotychczas człowieka, którego by Pan użył jako narzędzia dla ratowania chorych i grzeszników od zguby, a którego usta byłyby pełne lekkomyślnego pustosłowia. Tacy mogą zabawić ludzi, wywołać swoją lekkomyślną gadaniną i bezmyślnymi dowcipami kilka wybuchów śmiechu, lecz jeśli chodzi o zdolność pośredniczenia, pomocy i zbawienia dla innych, gdy zachodzi taka potrzeba — tych rzeczy u nich nie znajdziesz. Czasami udaje im się zewlec z siebie swą wrodzoną lekkomyślność, uczyć i głosić o głębszych rzeczach, lecz ci, którzy ich słuchają wyczuwają w ich nauce nieszczerość i nie mogą przyjąć tego jako głosu Bożego. Są oni jak miedź brzęcząca i cymbał brzmiący. Nie chcę przez to powiedzieć, że lud Boży ma chodzić ze zwieszoną głową, jakby nie posiadał żadnej radości. Jest on przecież najszczęśliwszym na świecie. Boży rozkaz mówi: zawsze się radujcie (1Tes 5: 16). Od ludu Bożego oczekuje się, by był szczęśliwy, by z radości pląsał i śpiewał, klaskał rękami i w końcu nawet, by z radości podskakiwał. Mówi nam o tym kilka miejsc Pisma Świętego: Ps 100: 1–2; 149: 3; 2Sm 6: 14; Ps 126: 2–3; Łk 6: 23; Ne 8: 10. Chrześcijanin, który nie ma żadnej radości, jest słabym chrześcijaninem, nędznym naśladowcą wiary, którą wyznaje, toteż prawdopodobnie prędko odpadnie i zacznie szukać radości gdzie indziej. Ale ta radość, która jest siłą, cieszy się w Panu. Nie istnieje radość z naszej własnej siły i mądrości (J 3: 2). Wielu takich, którzy grzeszą próżnomównością, będzie skłonnych uważać mnie za fanatyka i powstanie, by bronić swojego najbardziej ulubionego grzechu. Może powiedzą, iż jest błędem pojmować rzeczy zanadto poważnie, lecz nie znajdą na to żadnego uzasadnienia w Piśmie Świętym. Wyzwolenie zgubionych i niesienie ulgi cierpiącym i potrzebującym jest rzeczą poważną, wymagającą całego oddania serca i koncentracji oraz udziału myśli tego, który się takiemu zadaniu poświęca. Wielu zastrzega sobie prawo mówienia zbyt często i według swojego upodobania. Milsze są im żarty, dowcipy i inne błazeństwa niż moc Boża. Jeśli te rzeczy są także w twoim życiu, Bóg pójdzie dalej bez ciebie. Bóg postanowił zwiastować swoją prawdę przez mówione czy pisane słowo swych naśladowców, tu na tym świecie. Kiedy Jezus chodził po ziemi, rzekł do uczniów: „Słowa, które ja wam mówię, są duchem i są życiem” (J 6: 63). Czym więc są dzisiaj twoje słowa? Niektórzy twierdzą, że żarty pomagają im zapomnieć o zgryzotach. A Jezus przecież zapominał o swoich krzywdach, ciężarach i bezprawiu, kiedy niósł pomoc i ukojenie w cierpieniu innym. Apostoł Jakub przyrównał mowę wychodzącą z ust do strumienia wody tryskającej ze źródła (Jk 3: 10–11). Pisze on, że źródło powinno wydawać tylko jeden gatunek wody (Jk 3: 10; Ef 4: 29). Słowa, które nie służą ku zbudowaniu są bezcelowe, nieużyteczne, martwe i próżne. Są zmarnowanymi słowami. Bóg dał słowu wierzącego pełną moc i siłę, przez co staje się ono ważnym i drogocennym. Drogocenne zaś rzeczy nie mogą być rozrzucane i marnowane. Jezus mówi: „Zaprawdę powiadam wam, że kto powie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze, a nie zwątpi w sercu swoim, lecz będzie wierzył, że stanie się to, co mówi- spełni się mu , cokolwiek powie” (Mk 11: 23).

To daje nam siłę mówić w pełnej mocy i to w takiej mierze, że nawet martwe rzeczy muszą nas usłuchać. Jest to ta sama siła, której użył Jezus, kiedy zgromił morze i wiatry, a burza się uciszyła (Mk 4: 39). Ta sama siła, której użył Mojżesz, gdy przemówił do skały, aż wytrysnęła woda (Lb 20: 8). Tej samej siły użył Jezus w stosunku do figowego drzewa, mówiąc: Niech już nikt nigdy nie je z ciebie owocu” (Mk 11: 14). Rozkazał drzewu uschnąć i ono uschło. Stało się to w tym czasie, kiedy Jezus obiecał każdemu, kto wierzy, tę samą moc i siłę. Chodzi o mężów i niewiasty, których mówione słowo może być takiej mocy, iż wybawi z każdego ucisku szatańskiego i będzie pośredniczyć w odkupieniu dusz i uzdrowieniu ciała. Już Jezus ostrzegał nas przed tym, abyśmy nie wystawiali się na sąd przez różne puste słowa, które raczej miałyby służyć naszemu żywotowi. W dzisiejszym wieku bój toczy się przede wszystkim o to, abyśmy uczyli się czekać przed Bogiem tak długo, dopóki nie otrzymamy słów, które będą Bożymi słowami i będą posiadać Jego moc. Kto mądry, tak właśnie postępuje (Prz 15: 14; 10: 19; Koh 5: 2). Do tego, aby otrzymać moc, potrzeba świętości, a świętość nie będzie zupełna, jeśli nie będzie poświęcony także nasz język.

XI. Ofiara święta, miła Bogu (Punkt 11)

Proszę więc was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali wasze ciała jako ofiarę żywą, świętą, przyjemną Bogu, to jest waszą rozumną służbą ” (Rz 12: 1). Nie jest ogólnie w zwyczaju używać rzeczy, które nie należą do nas. Bóg używa takich rzeczy, które zostały Mu ofiarowane, rzeczy poświęconych. Rzeczy poświęcone Jego własnej osobie są oddzielone. Czy chcesz, żeby cię Bóg mógł użyć? W takim razie musisz ofiarować swoje ciało. Musi być ono ofiarowane Bogu i oddane Mu na własność. Ciało, które nie zostało w pełni wydane Bogu, bywa w mniejszej lub większej mierze opanowane przez szatana lub nasze „ja”. Nie ulega wątpliwości, iż w pewnym czasie i w specjalnych okolicznościach wielu oddało swe ciało Bogu, aby mógł ich używać do szerzenia prawd swego królestwa. Z faktu zaś, iż nie są do tego używani, wynika jasno, że ofiara ich nie została przyjęta. Bóg nie odrzucił ich dlatego, że robotnicy są potrzebni (Mt 9: 37). Bóg nie odrzucił ich też z powodu tamowania i przeszkód, jakie Mu czynili, bo On często używał tych, którzy posiadali chociaż niewielkie naturalne zdolności. Piotr i Jan, których Bóg wiele używał, byli ludźmi nieuczonymi i prostymi (Dz 4: 13). Mojżesz nie był mężem wymownym (Wj 4:10,1Kor 1: 27–28). Myślisz, że ty też przeszkadzasz i wstrzymujesz? Do pewnego stopnia przeszkadzaliśmy wszyscy. Pewien młody człowiek został zbawiony i miał mocne pragnienie wydania świadectwa o tym na ulicznym zgromadzeniu, aby inni także mogli poznać niepojętą miłość Bożą. Z powodu wady jąkania nie mógł jednak tego uczynić, lecz jego miłość do Boga i pragnienie działania dla niego były tak wielkie, że zaprowadziły go na kolana, po czym mógł iść do ludzi. Bóg wysłuchał jego krzyk, wołanie i pomógł mu. Stał się on wielkim głosicielem ewangelii. Przez długie lata był głównym kaznodzieją w wielkim zgromadzeniu namiotowym w Nowym Jorku. Aby twoje ciało było ofiarą żywą i przyjemną Bogu, nie musi być ani piękne, ani silne. Dawidowi Brainerdowi, wielkiemu misjonarzowi amerykańskich Indian, powiedziano swego czasu, iż wkrótce umrze na gruźlicę, a jedynym warunkiem, żeby jeszcze kilka tygodni pożył, jest zupełny spokój. Ale on przyniósł wszystko co miał, i uczynił to miłą ofiarą Bogu. Padł na twarz przed Bogiem i zawołał: Daj mi duszę lub zabierz sobie moje życie. Potem się podniósł i poszedł do owocnej służby, służąc przez wiele lat pomiędzy ludźmi, których Pan położył mu na serce, a pozyskał z nich tysiące dla Chrystusa. Jedynym powodem, dla którego Bóg odrzucił niektórych, było to, że Mu nie byli miłymi i przyjemnymi. Bóg stawia dwa warunki. „Ofiara miła” musi być święta i oddana całkowicie Jemu. Ta, która nie jest święta, jest dla Boga nieprzyjemna. Przyniesiona Bogu ofiara, zanieczyszczona świeckimi zwyczajami i grzechem, jest gorsza niż wieprz, który był ofiarowany na poświęconym ołtarzu w Jerozolimie przez Antiocha Epifanesa. Nie będzie więc przyjęta. To, co Jemu należne, nie może mu być przynoszone tylko w niedzielę lub w wieczorowym, modlitewnym zgromadzeniu, ale we wszystkie siedem dni i nocy każdego tygodnia. Musi być przyniesione bez stawiania jakichkolwiek własnych warunków, a dane z głębi serca: „Ofiarowując wyrzekam się teraz i do końca moich dni tu na ziemi, prawa dysponowania kiedykolwiek tą zdolnością (darem). Należy on do Ciebie, abyś go użył, odłożył lub zniszczył i czynił z nim zawsze, jak chcesz. Należy do Ciebie. Nawet gdyby to była tylko skryta służba modlitwy i osobistego świadectwa. Tak, Panie. Zgadzam się chętnie, jeżeli ma to być w moim własnym mieście, a także jeślibym miał być powołany do obcych krajów, za morza, między dzikie ludy. Gdybym miał nawet umrzeć z rąk prześladowców za wiarę lub żyć w warunkach gorszych niż śmierć, ciało moje należy tylko do Ciebie, czyń z nim, co chcesz. Żyw je lub każ mu głodować, wystaw na chłodną zimę dalekiej Północy lub rozkaż żyć w gorącej Afryce, podnieś je lub upokorz — należy całkiem do Ciebie. Każde oddanie się Bogu ma wyglądać tak, jakbyśmy Mu oddali kartkę czystego papieru z naszym własnoręcznym podpisem u dołu i powiedzieli Mu: „Wypełnij ją, jak sam chcesz, a niech będzie to mowa o tym, jak mam użyć swojego życia, aby było ono zgodne z Twoją wolą”. Ta ofiara nie może być wykonywana tak, że na któreś napomnienie Ducha Bożego odpowiem „tak” lub „nie”. Jest to zdecydowanie z całego serca wykonywać wolę Bożą przez całe swoje życie, bez względu na to, jaka by ona nie była i ile by to nas nie kosztowało. Jest to wprowadzenie w czyn słowa: „Nie należycie do samych siebie”. Otrzymasz tylko nieznaczną miarkę mocy i błogosławieństwa, jeżeli ofiarujesz się tylko w nieznacznej mierze. Jeżeli jednak rzeczywiście chcesz zakosztować nieograniczonego przypływu mocy Bożej, czynić cuda — musisz wydać swe ciało jako ofiarę żywą, świętą i przyjemną Bogu.

Uczestnikami boskiej natury (2Pt 1: 4)

Bóg jest naszą siłą. Nie ma na tym świecie innej siły, skutecznej ku dobremu, jak tylko ta, która pochodzi od Boga. Kiedy Chrystus przyszedł w ciele na świat, oświadczył nam, że otrzymał on moc od Boga (J 8: 28; J 5: 19; 14: 10). Objawiając te słowa (J 14: 10) zwrócił się do uczniów z obietnicą (J 14: 12). Jego własna wola i działanie były również zależne od pozostawania w Ojcu, tak więc i nasze działania i owoce są zależne od naszego pozostawania w Nim (J 15: 4–5). Winna latorośl uczestniczy w naturalnych cechach winnego krzewu. Ma te same soki, co pień, docierają one do pędu. Posiada tą samą tkankę i korę, i jest naturalną częścią winnego pnia. Dopóki latorośl jest złączona z winnym krzewem, może czynić to, co on czyni. Nie może jednak czynić tego, co krzew, jeżeli została od niego oddzielona. Życiodajne soki przestają krążyć i dopływać do latorośli i nie uczestniczy ona więcej w życiu, które trwa w krzewie winnym, ponieważ nie jest już jej naturalną częścią. Nigdy nie może przynieść owocu latorośl odcięta. Latorośle mogą być odcięte, albo też wszczepione. Podobnie i grzesznicy, czyli my, którzy jesteśmy przez miłość Bożą uchronieni od zguby, zbawieni, jesteśmy w Słowie Bożym przyrównani do wszczepionej latorośli płonnej oliwy. Kiedy zaś zostaliśmy wszczepieni, zaczęliśmy korzystać z korzenia i tłustości oliwnego drzewa (Rz 11: 17). Jeżeli to wszczepienie zostało dobrze wykonane i zaraz dobrze przylega do macierzystej gałązki tak, że nic obcego pomiędzy nie się nie dostanie, przyjmie się i we wszczepionej gałązce zaczyna krążyć takie samo życie, jak we wszystkich innych nieruszanych ręką ludzką częściach drzewa.

Wzniosłą zasadą dla nas jest słowo: „Stać się uczestnikami Boskiej natury” i być takimi, by otaczający nas ludzie poznali, że jesteśmy uczniami Chrystusa, do Niego podobnymi, a to przez to, że czynimy te rzeczy, które On czynił. Możemy zaś stać się uczestnikami Boskiej natury jedynie przez obietnicę daną przez Jezusa i przez wiarę w nią. Możemy być uczestnikami Boskiej natury, Jego działalności, jeżeli używamy darów Ducha Świętego, przez które wyrosną owoce Ducha. W używaniu darów Ducha Świętego przez nas objawia Bóg swoją moc czynienia cudów (Rz 12: 6–7). Jest to tajemnicą każdej pracy, którą moglibyśmy dla Boga wykonać, że dzieje się to według naszej wiary zgodnie, z którą stajemy się uczestnikami Boskiej natury. Jeżeli posiadamy małą wiarę, to latorośl ledwo żyje, a zaledwie kilka zielonych listków świadczy o tym, że może ona jeszcze kiedyś owocować. Jeśli mamy większą wiarę, mamy także większy udział w Boskiej istocie i przynosimy przez to większą obfitość plonów. Jeżeli mamy wielką wiarę, prowadzimy zadziwiająco „cudowne” życie. W takim wypadku przepływają odżywcze soki bez przeszkody przez każde włókno latorośli, a obfitość owoców ugina ją aż do ziemi. Kto jest uczestnikiem Boskiej natury, jest uczestnikiem łagodności, wstrzemięźliwości i pokory właściwych Jezusowi. Miłość Jezusa będzie widoczna w każdej jego czynności i wydarzeniach życia. Jezusowa cierpliwość, łagodność, łaskawość, przychylność, dobroć, uprzejmość, miłosierdzie, pokój, radość, służba bliźnim, zaparcie się siebie, trzeźwość i opanowanie, to wszystko staje się cechą ludzi, którzy są uczestnikami Boskiej natury. Z początku, zanim Chrystus uczynił cię swoją świątynią, te rzeczy nie były udziałem twojej natury. Lecz z chwilą, kiedy stałeś się uczestnikiem Jego natury, wyżej wymienione cechy stały się zamianą za ustępujące z twego życia cechy własnej cielesności. Jeżeli masz Bożą naturę, będziesz miał mądrość, pochodzącą stąd, że pozwalasz kierować sobą Duchowi Świętemu i dbasz o to. To nie jest mądrość naturalna ani mądrość, którą można poznać czy zdobyć, lecz mądrość kierownictwa duchowego, zupełnie niezrozumiała dla tych, którzy kierownictwa Duchem Świętym nie rozumieją i nie doświadczyli tego. A jeśli będziesz mieć namaszczenie, które się bierze z pełności poznania Ducha Bożego twoim duchem, Bóg objawi ci rzeczy, których na innej drodze poznać nie możesz. Będziesz posiadał siłę, bo Bóg jest siłą. Będą się objawiały znaki i cuda, chorzy będą uzdrowieni, chromi będą chodzić, ślepi widzieć, głusi słyszeć, a guzy raka znikną na twój rozkaz. Jeśli zajdzie potrzeba, zostaną ci objawione tajemnice ludzkiego serca. Dusze przebudzą się ze snu duchowej śmierci, a przeniesione zostaną jako nowe stworzenia do królestwa Bożego. A nawet ci, których cielesne życie zgasło, jeżeli to będzie wolą Bożą, mogą zostać wskrzeszeni z martwych. Bóg nie posiada ulubieńców i faworytów. Za Jego moc musi każdy zapłacić tą samą cenę, a dla wszystkich, którzy by chcieli tę cenę zapłacić, jest darowana ta sama siła ku osiągnięciu tego. Każdy, kto zna Jego drogi i przywłaszcza sobie przez wiarę Jego obietnice oraz wierzy całym sercem, że Bóg wykona dokładnie to, co obiecał, stanie się uczestnikiem Boskiej natury i zostaną mu otworzone drzwi ku nowym doświadczeniom wiary, przewyższającym najśmielsze oczekiwania.

Uwagi końcowe

To jest owych jedenaście punktów. Mam nadzieję, że Bóg ożywi je także i w tobie i użyje cię tak, jak tutaj zostało to objawione, żebyś był ściślej złączony z Nim i doprowadzony do stanu pełnej Bożej mocy, która mogłaby być skuteczna także i w twoim życiu. Jeżeli przyjmiesz uwagi tej książeczki dla siebie, będziesz studiował pilnie Słowo Boże, będziesz oczekiwał przed Panem w modlitwie, jestem pewien, że i ty znajdziesz w swym życiu niektóre rzeczy, które muszą zostać zwyciężone i odłożone, ponieważ są one przeszkodą Bogu w tym, abyś mógł być napełniony mocą Bożą. Modlę się, abyś został zachęcony do tego, o czym czytamy (Flp 3: 14), i abyś wytrwał w tym dotąd, póki Bóg nie zacznie działać w twym życiu w pełni mocy. To się jednak prędzej stać nie może, dopóki pilnie i całym sercem nie będziesz szukał tego, żeby być doskonałym w oczach Bożych i dopóki nie wykonasz doskonale Jego woli (Flp 3: 15). To jest obietnica. Musisz najpierw poznać swoje grzeszne upodobania, twoje grzechy, w których najczęściej lubisz pozostawać, a które cię odłączają od pełnej mocy i doskonałości, zamierzonej i przeznaczonej przez Boga dla ciebie. Doświadczyłem tego w moich podróżach ewangelizacyjnych oraz w działalności duszpasterskiej, że większość ludzi posiada umiłowane grzeszne zachcianki, ukochane grzechy, które pieszczą i przez długie lata pielęgnują, rozwijając je. Apostoł Paweł nazywa to „łatwo usidlającym nas grzechem”, który się do nas przykleja i czyni nas leniwymi (Hbr 12: 1). Są także grzechy z przyzwyczajenia. Musimy je odrzucić, jeżeli chcemy zakosztować nagrody zwycięstwa. Odrzućmy więc każdą ociężałość, grzechy, które tak łatwo stają się przyzwyczajeniem i z cierpliwością postępujmy w boju, którego staliśmy się świadomymi i dobrowolnymi uczestnikami. Wielu dobrym ludziom, którzy mogliby się stać owocnymi pracownikami dla Chrystusa, została odjęta odwaga, ponieważ zaniedbali czy zapomnieli odrzucić ciężki balast i tym samym stali się niezdolni do boju, gdyż zabrakło im wiary. W końcu zaczynają wątpić nawet w słowa Chrystusa o towarzyszących wierzącym znamionach i mocy, którą im Bóg obiecał, aby mogli czynić te same rzeczy, co Jezus.

I dziś jest wielu wierzących, którzy są bliscy tego, aby się wyrzec nadziei objawienia się pełnej mocy Bożej. Miły czytelniku, ty nie wyrzekaj się tej nadziei. Przystąp do Boga w uniżeniu, szukaj Go wytrwale, choćby cię to wiele miało kosztować, aby Bóg mógł ci pokazać twoje umiłowane grzechy. Dopóki nie będziesz wiedział, z czego ma być twoje życie oczyszczone, nie będziesz mógł sięgnąć po pełną Bożą moc (Mk 10: 21). Jeżeli szukasz Pana, przypomnij sobie, że On stale pozostaje wierny, aby położyć kres twoim grzesznym zachciankom i umiłowanym grzechom, jak to uczynił z bogatym młodzieńcem. Jeżeli nie zdecydujesz się położyć wreszcie tych umiłowanych grzechów na ołtarzu, musisz i ty zasmucony odejść, jak ów młodzieniec. Jeżeli Bóg mówi do ciebie, chociaż ten głos jest na razie cichy, usłuchaj Go. Odłóż swoje najmilsze grzechy i idź naprzód z Bogiem.

Wiedz, że twoje grzeszne upodobania, o których nie życzysz sobie mówić, są mimo wszystko grzechem. Ciągle na nowo jesteś skłonny te rzeczy czynić, jeżeli tylko wiesz, że tego nikt nie widzi, a zarazem nie chcesz przyznać, że to grzech. Wiedz, że to właśnie te rzeczy cię najłatwiej zniewalają. Tego bronisz i usprawiedliwiasz to, a tymczasem właśnie to sprawuje w tobie mroki wątpliwości, podświadome oskarżenia i wyrzuty sumienia, które zakrywają twoje duchowe niebo, chociaż naprawdę odczuwasz konieczną potrzebę społeczności z Bogiem. Jest to grzech, którego się bardzo niechętnie pozbywasz, który według ciebie jest tak mały, że Bóg go prawie nie dostrzega, ale jest jednak na tyle wielki, iż nie wierzysz, abyś się mógł bez niego obejść. Jest to właśnie ten grzech, który musi być odrzucony, jeżeli nie chcesz być zwyciężonym w tym boju, który ustawicznie prowadzisz i starasz się usprawiedliwiać, nazywając najwyżej „słabością”. Bądź uczciwy względem samego siebie i nazwij to grzechem. Nie nazywaj tego rozwagą i przezornością, jeżeli jesteś skąpy. Jeżeli jesteś winien grzechu pychy, nie nazywaj tego szacunkiem dla samego siebie. Ci, którzy skłonni są do wyolbrzymiania pewnych rzeczy, muszą uświadomić sobie, że co nie jest czystą prawdą, jest prostym kłamstwem. Jeżeli zaś jesteś spętany przez demona zatwardziałości i zacietrzewienia, uważaj, żebyś nie wpadł w zasadzkę, uważając to za swoją pewność siebie i stanowczość. Jeżeli jesteś nawiedzony zmysłowością, nie mów, że jest to wrodzona skłonność twojej natury. Jeżeli jesteś pochopny w osądzaniu drugich, nie nazywaj tego darem rozeznania i właściwego rozsądzania ludzkiej natury. A może bywasz nie w humorze, oschły, skłonny do rozdrażnienia, nieuprzejmy lub chłodny? Szatan ci powie, że to jest wrodzona nerwowość i, że na twoje rozdrażnienia nie ma rady.

Chodź tu, miły przyjacielu, a bądź raz całkiem szczery przed Bogiem i przed sobą, i nazwij wszystko tym, czym jest rzeczywiście. Jeżeli coś jest grzechem, nazwij to grzechem. Ukorz się przed Bogiem, proś Go, aby cię od tego uwolnił i uczynił zwycięzcą nad tym. Nie ulega wątpliwości, że wielu ludzi, starając się usprawiedliwić swoje małe grzeszki, mówi: „Tak przecież robią wszyscy”. Zauważ jednak, iż tym samym bierzesz sobie za wzór w twoim życiu wady swoich bliźnich. A skąd wiesz, czy Bóg nie wytykał im już nieraz tych hańbiących wad? Nie bądź więc tak samo nieposłusznym jak oni. Przypomnij sobie napomnienie, jakie dał Jezus Piotrowi (J 21: 22). Poświęcenie nie może mieć nic wspólnego z wieloma naszymi osobistymi przyzwyczajeniami. Chodzi o to, aby usunąć z naszego życia tysiąc drobnych rzeczy, które same w sobie może nie stanowią nawet grzechu, ale które, jeśli się ich nie pozbędziemy, zajmują miejsce należne Chrystusowi. Wielu chrześcijan usprawiedliwia się z nie czytania Biblii, co czynić powinni, tłumacząc się brakiem czasu. Ci sami ludzie jednak znajdują dosyć czasu na studiowanie wszystkich dzienników i ilustrowanych tygodników. To można określić tylko w ten sposób, że te rzeczy stały im się ważniejsze niż Słowo Boże. Wypchnęli Jezusa z miejsca, które miał prawo w ich życiu zajmować. W ten sposób wiele rzeczy, które niejednemu wydają się być niewinnymi i nieszkodliwymi, może stać się grzechem przez to, że zajęły miejsce należne Jezusowi. Tysiące tych, którzy twierdzą, iż wierzą w Jezusa Chrystusa, posiadałoby o wiele więcej siły i mocy w swym życiu, gdyby czas poświęcony czytaniu czasopism i sportom spędzili bojując w komórce modlitewnej, aby usłyszeć głos Boży. To są niektóre z tych małych lisków, które niszczą młode pędy na winnicy i okradają lud Boży z owocności. O ileż owocniejsze prowadziłby lud Boży życie, gdyby czas, spędzony przy telewizorach na śledzeniu różnych zawodów sportowych, spędził na kolanach, bojując przeciwko szatanowi! (Ef 6: 12)

Grzechy, które odgradzają człowieka od Boga, nie zawsze muszą być wielkie i odrażające, a mimo to okradają człowieka z najkosztowniejszych rzeczy, które Bóg dla niego przygotował. Są to przede wszystkim grzechy powszednie, takie, które czyni każdy. Wszyscy ci, którzy noszą w modlitwach stracony, grzeszny, zbolały, odrzucający Jezusa świat, oddany piekłu, którzy czynią uczynki, obiecane im przez Jezusa, a których służba potwierdzana jest znakami, którzy przynoszą pomoc i zbawienie potrzebującym, dawno już pozbyli się takich rzeczy. Być może masz rację, jeżeli powiesz: „Przecież w moim zborze prawie każdy to robi.” Nie zapominaj jednak, że z powodu tych drobnych, opisanych wyżej słabostek nie posiadają oni, bo nie mogą posiadać, pełnej mocy Bożej, ani też nie są w stanie korzystać z darów duchowych. Wielu z nich żyje nawet w wątpliwościach, czy są „dojrzali do pochwycenia”. Kiedy zwiastuję ewangelię o powtórnym przyjściu Chrystusa, często proszę tych, którym nie jest jasne, czy są gotowi na przyjście Pana, aby wyszli do przodu. Przy takich okazjach bywam mocno zdziwiony wielką ilością ludzi, którzy podnoszą wtedy ręce, mimo że twierdzą, iż są zbawionymi, a nawet napełnionymi Duchem Świętym. Mówi mi to, że większość dzisiejszych tzw. dzieci Bożych nie potrafi jeszcze prowadzić swego życia na tyle zwycięsko, aby mogli być gotowi na pochwycenie. Tacy nie mogą posiadać wystarczającej mocy Bożej. Mogą tylko, co najwyżej, zakosztować od czasu do czasu wysłuchania modlitw. Lecz czasy dzisiejsze i warunki, w jakich żyjemy, wymagają czegoś więcej. Pod żadnym pozorem nie waż się brać sobie za wzór dla swojego życia zastępów takich „wierzących”. Jest tylko jeden, którego życie jest godne, by być dla nas wzorem. A to jest Jezus Chrystus. Niektórzy nie chcą przyjąć nauki o poświęceniu, tj. tego, o czym się mówi w niniejszej książeczce. A przecież w całej tej książeczce głoszę tylko Jezusa Chrystusa. Jeśli nie rozumiesz Go jeszcze, idź i spotkaj się z Bogiem. „Czy idzie dwóch razem, jeżeli się nie umówili?” (Am 3: 3). Jeżeli oczekujesz chodzenia z Bogiem i posiadania pełnej mocy do czynienia Bożych spraw, musisz pilnie szukać pojednania z Bogiem. Jeżeli zaś przyjdziesz do pełnej zgody z Bogiem, doprowadzi cię to do rozerwania z bliźnimi. O wiele lepiej jest jednak być w pokoju z Bogiem, choćby prowadziło to nawet do niezgody z innymi, których poglądy podzielaliśmy dawniej. Wielu ludzi dzisiaj stara się podobać innym, zamiast dokładać starań podobania się Bogu. Więcej szukają upodobania w ludziach, niż w Bogu. W życiu każdego wierzącego przychodzi dzień, kiedy staje on na rozdrożu. Mężowie Boży przez wszystkie czasy przychodzili na rozstajne drogi i obierali ścieżkę, która była trudna i twarda, przynosiła cierpienia i prześladowania, ale także siłę i moc wraz z aprobatą Bożą. Inni znowu, przychodząc na rozstajne drogi, wybierają drogę wygodną i ciekawą, dochodzą nią do wygodnego życia, w którym dostępują poważania, lecz w końcu zaprowadzi ich ona na zatracenie. Przypomnijmy sobie Lota, gdy w minionych czasach rozważał, która też droga będzie dla niego najlepsza. Czy tam w dolinie, pełnej życiodajnej wilgoci, z kwitnącym miastem Sodomą pośrodku? Tak, to na pewno była wygodniejsza droga, niż iść w nieprzystępne, niegościnne góry. Uważał, że bezpieczniej będzie się czuł pośród tamtego ludu i że będzie mógł urządzić wśród nich swoje życie i prowadzić tam swoje interesy, jednak bez uczestniczenia w ich grzechu. I rzeczywiście, mimo wszystko, na końcu jego drogi Bóg nazwał go sprawiedliwym. Ale Lot nie posiadał nawet tyle Bożej mocy, aby uchronić swe córki, a przez swoje czyny wystawił samego siebie na pośmiewisko. Każda droga stoi otworem dla tych, którzy ją wybierają. Niech będą Bogu dzięki za lepszą drogę. Także i ta droga, droga zbawienia stoi jeszcze otwarta. Znajdziesz na niej ślady takich mężów jak: Mojżesz, Abraham, Józef, którzy przechodząc przez rozdroże woleli zostać czystymi i niewinnymi, chociaż znaczyło to pozostać we wschodnim więzieniu, z którego nie mógł się nikt spodziewać wybawienia. Podobnie i Daniel odmówił picia wina ze stołu króla z wierności swojemu Bogu, co wprowadziło go na drogę, na której miała go spotkać śmierć w jaskini lwów. To właśnie ci mężowie powiedzieli szatanowi swoje zdecydowane „nie”, ponieważ byli w stanie oddać Bogu swoje „ja”.

Mojżesz miał zrozumienie co do wartości, jaką przedstawia wieczność, czego nie posiada dzisiaj wielu wierzących. Wydaje się, że uważają skarby egipskie za cenniejsze. Nie jest możliwym dać Bogu swoje „ja”, jeśli nie powiedzieliśmy najpierw rzeczom tego świata „nie”. Mojżesz otrzymał cenną nagrodę od Boga — został nazwany przyjacielem Bożym. Bóg daje dziś taką nagrodę dla wielu, którzy słyszeli Jego głos, stali się posłuszni Jego rozkazom i powiedzieli stanowcze „nie” dla świata, a „tak” Bogu. Bóg szuka męża, który by potrafił wznieść mur i stanąć w wyłomie, wstawiając się za krajem przed Bogiem (Ezd 22: 30). Bóg szukał takich mężów w dawnych czasach — szuka ich i dziś. Świętość Boża wymaga sądu dla złości tego świata, ale obecność sprawiedliwych zatrzymuje jeszcze „lawinę sądu”. Mojżesz stanął w wyłomie, wstawiając się za naród izraelski i ich życie zostało uratowane. W wyłomie między Bogiem, a Lotem i jego rodziną stanął Abraham. Także i my winniśmy stanąć w wyłomie za zgubionymi.